10 września 2016

48. Byłego brata

Mężczyzna spoglądał przez okno na błękitne niebo ozdobione pierzastymi chmurami. Atmosfera nie była przychylna. Gęste ciężkie powietrze utrudniało oddychanie a sam Itachi czuł się jakby do barków i łydek przyczepiono mu kilkukilogramowe ciężary. A może były one kilkunastokilogramowe? Ostatnie sytuacje spowodowały, że patrzył teraz nieodgadnionym, lekko pustym wzrokiem. Prześlizgując się po kłębach chmur, oglądając ich destrukcję kształtu, pod wpływem wiatru. Nie był załamany, ani smutny, czy przygnębiony, ale też nie potrafił się chociażby uśmiechnąć. Niepokój burzył harmonię a także równowagę. Czuł, że coś jest nie tak, jakby przewidywał nadchodzącą katastrofę. Zastanawiając się nad tym dogłębnie to, faktycznie atmosfera w okolicy zgęstniała. Nawet będą u siebie w pokoju wyraźnie odczuwał nienawiść i silną chakrę, jakby pochodziła od kilkudziesięciu osób. Gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi, skupiając wszystkie zmysły na tym jednym odczuciu. Zrozumiawszy, co się dzieje, szybko zszedł na dół. Przez uchylone drzwi do kuchni widział zmartwioną Mikoto pochylającą się nad kubkiem herbaty. Sasuke z Haniko wyszli zaledwie parę minut temu. Kobieta jeszcze się nie pozbierała po usłyszanych wiadomościach i bardzo intensywnie myślała o tym, co młodszy syn jej przekazał. Czy faktycznie, odtrącała starszego, uważają, że on nie potrzebuje matczynej troski? To pytanie, zadawała sobie odkąd Sasuke zamknął za sobą drzwi.
Itachi niedbale naciągnął buty i wyszedł, stając na ganku. Spodziewał się tego. Ulicą klanu przechodziło kilkudziesięciu mężczyzn z przewodzącym im Fugaku na czele. Szedł stanowczym, żeby nie powiedzieć władczym krokiem. Ubrany jak pozostali w strój policji, aby podtrzymać plotkę o rzekomej misji oddziałów Uchiha. Nikt nie rozglądał się na boki, patrzyli przed siebie, sprawiając wrażenie armii idącą na wojnę, albo, co najmniej na defiladę. Mężczyźni, który zostali wcześniej wypuszczeni, bo zdezerterowali, widząc wracających zamachowców, szybko pochowali się do domów. Woleli uniknąć starcia z pałającą nienawiścią dość liczną grupę byłych więźniów.  Natomiast wyczuwszy napięta atmosferę, na ganki powychodziły dzieci i kobiety, radując się z powrotu mężów oraz starszych dzieci. Właśnie w domu obok na spotkanie mężczyźnie wybiegła rozpłakana ze szczęścia żona wraz z rzucającą się mu na szyję około siedmioletnią dziewczynką.
Itachi natomiast spiął się, prostując na baczność, kiedy ojciec zwrócił na niego wzrok. Nie zamieniając ani słowa z mijanymi go pobratymcami, pchnął furtkę, wchodząc na teren posiadłości. Pewny, twardy krok i tak bezwzględna mina. Fugaku prawie nigdy się nie uśmiechał, zawsze wyglądał na zdenerwowane oraz rozłoszczonego. Jednakże teraz jego wzrok przepełniała nienawiść. Tak silna, że mogłaby ciąć grube pale drewna. Zmarszczki przy kącikach ust, zdawały się być pogłębione, przez co wyglądał na bardziej wściekłego, niż zazwyczaj. A kreski wokół oczu, stały się wyraźniejsze. Sugerując, że zwężał powieki, używając sharingana przez dłuższy czas. Zatrzymał się, stając przed synem. Przyglądał mu się uważnie, mierząc prawie morderczym wzrokiem. Itachi niewzruszony, starał się nie okazywać, żadnych emocji. Nie mrugnąwszy ani razu, patrzyli prosto w swoje oczy. Dopiero po chwili Fugaku zamknął powieki, przerywając te test. Wyciągnął rękę, kładąc ją stanowczym męskim gestem na ramieniu Itachiego.
— Synu, cieszę się, że cię widzę — powiedział twardo. Nigdy nie okazywał wsparcie, pochwał czy dumy, w sposób normalny dla reszty ludzi. W jego wykonaniu pobrzmiewał ton surowego strażnika w więzieniu o zaostrzonym rygorze. I w tym przypadku nie obyło się bez tego. Przyzwyczajony do takiego zachowania, tylko potaknął głową. To Fugaku wystarczyło, aby zrozumieć, że syn jest zaszczycony jego uwagą. Następnie zwrócił się w stronę drzwi, popychając je zdecydowanym ruchem. Stare zawiasy lekko zaskrzypiały, na co zareagowała Mikoto, która nawet nie zauważyła wyjścia Itachiego. Zerwała się do pionu oczekując, że to Sasuke po coś wrócił. Z nadzieją, wybiegła na przedpokój.
— Oohhh — zawołała widząc męża w progu. — Kochanie — dodała wychodząc mu na spotkanie. Nie zważając na postawę i minę mężczyzny, przytuliła go mocno.
— Wróciłem — zakomunikował, obejmując żonę, która złożyła delikatny pocałunek na jego policzku. Fugaku był zdeterminowany, aby nie okazywać sobie czułości w obecności dzieci, nie ważne, że byli już dorośli. Stąd też, lekko odsunął kobietę, dając wyraźny znak, aby się pohamowała.
— Mój kochany mężu, usiądź wygodnie a ja zaraz podam ci obiad — oznajmiła promieniejąc i udając się w stronę kuchni. — Przed chwilą jedliśmy, więc jeszcze nie wystygło. Siadaj, siadaj — polecała, zaczynając się krzątać po pomieszczeniu. Itachi ostrożnie stanął w drzwiach przyglądając się matce. Zdecydowanie odżyła, lekko przygaszone oczy tryskały życiem, twarz nabierała koloru a kąciku ust w szczerym szczęściu unosiły się ku górze.
— Tam, cię na pewno nieodpowiednio karmili, ale nie martw się, mam twoje ulubione ciasto — oddała otwierając lodówkę po brzegi wypełnioną wypiekami i daniami na kilka najbliższych dni. Jedyna korzyść z powrotu Fugaku do domu, to taka, że Mikoto wreszcie będzie mogła znaleźć sobie miejsce. Kobiecie bardzo brakowało oschłego męża, bez którego nie wiedziała, co robić. Krzątała się po domu bez celu, w sposób dość chaotyczny, czego nigdy wcześniej nie prezentowała. Kobieta była zawsze poukładana i zorganizowana, natomiast bez Fugaku miotała się, spędzając większość czasu na gotowaniu i pieczeniu. To zawsze jej poprawiało humor, odpędzając od przykrych myśli, każąc skupić się na wykonywanej czynności. Przy innych czynnościach z koncentracją bywało różnie. Łapała się na tym, że z rozpędu zmienia czystą pieluszkę Kinari lub przeciera ósmy raz te same miejsce na blacie, ignorując zupełnie resztę mebla.
— Jedz, jedz kochanie — zachęcała, stawiając na stół przygotowany talerz z ciastem na deser. Nie przejmując się tym, że mężczyzna dopiero spożywał pierwsze danie. — A może ci pieczywa podać? — zaproponowała sięgając po chleb. Fugaku nic nie mówił, lecz było widać, że brakowało mu rozpieczenia przez żonę. Jego oblicze złagodniało, a chęć najokrutniejszego mordu uleciała z oczu. Mimo iż zerkał ukradkiem z czułością na kobitę to nie wysilił się na chociażby najmniejszy uśmiech. Kiedy ona stawiała na stole kolejne półmiski z najszczerszym uśmiechem, on tylko posyłał jej swoje standardowe chłodne oblicze z kącikami ust skierowanymi w dół. Sprawiał wrażenie, jakby mu się to wszystko należało. Pan i władca na swym krześle. Brakowało tylko skrzypka w tle, grającego do kotleta. Itachi wycofał się, udając do siebie.
Chwila spokoju nie trwałą zbyt długo. Z rozmyślań wyrwał go podniesiony głos, dobiegający z dołu. Domyślał się, że to pewnie ojciec usłyszał o ostatnich dniach. Mikoto nie bez powodu zostawiała wszystkie gazety, które skrupulatnie układała mężowi na biurku w gabinecie. Itachi po cichu wyszedł z pokoju. Schodził ostrożnie, starając się nie zaskrzypieć drewnianymi stopniami. Powoli zbliżył się do lekko uchylonym drzwi tuż koło schodów. Gabinet mieścił się zaraz za salonem. Był to ciasny pokój, zawalony regałami z książkami, dokumentami, zwojami. Nie raz tam przesiadywał słuchając poleceń ojca. Mimo tego, że jego okna wychodziły na przepiękny ogród, w środku panowała przytłaczająca atmosfera. Była mieszanką ponurości i tajemniczości, panującej w archiwach oraz poważności i niebezpieczeństwa posterunku policji.
Oparł się plecami o ścianę zaraz koło drzwi, przysłuchując się rozmowie, a raczej monologowi ojca.
— On nie jest jednym z nas! — oznajmił twardo uderzając otwartą dłonią o blat biurka.
— A-ale kochanie, tak…
— Dosyć — przerwał jąkającej się kobiecie, której głos z każdym kolejnym słowem bardziej się łamał.
— Zdradził klan. Zdradził nazwisko Uchiha. Zdradził nas. Zdradził mnie.
— Ale…
— Nie ma żadnego, ale! To nie były zwidy. Staną naprzeciw mnie, stanął przeciwko własnemu ojcu z bronią w ręku. W imię, czego? Nie pokazał mi niczego, czego bym nie wiedział — skłamał. Prawdą był szok, jakiego doświadczył obserwując siłę, w jaką obrósł Sasuke. Nigdy nie zwracał na niego uwagi, oczekując jedynie więcej i więcej. Dla niego szedł on ścieżką wytyczoną przez Itachiego, nie odnosząc większych sukcesów niż brat, nieudolnie powtarzając osiągnięcia starszego. Fugaku uważał, że nie ma, czego nagradzać. Oczywistością było, że chwali się pierwszych, tych, którzy przetarli szlaki dla innych, zboczyli z wydeptanych przez poprzedników dróg. Oczekiwał, od Sasuke więcej. Pragnął, aby podążając za ciągle uciekającym cieniem brata, doskonalił się i był w stanie rzucać równie długi cień na nadchodzące pokolenia. Nie umiał doceniać dwa razy tego samego. Nawet, jeśli Sasuke w czymkolwiek dogonił brata i osiągnął taki sam sukces, to Fugaku chwalił tylko raz, tylko za pierwszym razem, tylko tego, kto był pierwszy. W końcu, nie będzie się powtarzał.
— Zaatakował mnie otwarcie w akcie obrony szpiega z Suna? To śmieszna, aby wyrzec się klanu na rzecz kogokolwiek.
— Przecież on ją kocha — wyszeptała prawieni nie słyszalnie.
— Nie dość, że dla kogoś takiego odtrącił rodzinę, to jeszcze śmie przychodzić tutaj i ogłaszać, że ma z nią dziecko i nie ma zamiaru brać ślubu.
— To nie tak. — Mikoto próbowała bronić syna, lecz Fugaku był głuchy na jej słowa.
— Nawet teraz plami nasz honor. Zdrajca! Jest zdrajcą i nic tego nie zmieni! — Znów uderzył dłonią o blat. — Ja wiedziałem od początku, że z nim coś nie tak, że jest wcieleniem zła.
— Przecież…
— Oszukał mnie! Oszukał cały klan, oszukał nawet swojego brata! Zdradził, więc zdrajcą pozostanie. Ma skazę, którą nie da się wymazać. Każdy Uchiha musi być posłuszny klanowi. Wiedział o tym doskonale, więc sam wybrał swoją drogę.
— Kochanie, ale…
— Nawet, nie próbuj go bronić. Sam wybrał drogę znieważenia. Zhańbił klan, mnie, ciebie, brata, na wszystko splunął. Szkoda, że się wyprowadził, zanim go osobiście stąd wyrzuciłem. Ma się tutaj nigdy więcej nie pokazywać, rozumiesz?! Nie jest stąd i nigdy już nie stanie się jednym z nas!
— Ale… — urwała szlochając cicho.
— Stopa zdrajcy, nie przekroczy tego progu, nie przekroczy nawet ulicy klanu. Nie godzimy się na to, aby jakiś szczyl pluł na nas, mieszając z błotem. Oto nasz wyrok. Oto mój wyrok! Sasuke odtąd jest zdrajcą! — Uderzył w biurko na tyle mocno, że pofrunęły niektóre papiery, upadając na podłogę. A trzask zagłuszył wzmożony szloch kobiety. — Nigdy mu nie zapomnę tego, co zrobił! On oszukał, zwiódł, zakpił i splamił honor Uchiha!
— To twój syn! — krzyknęła przez łzy, zrywając się na nogi.
— ON JUŻ NIE JEST MOIM SYNEM! To mój wyrok! WYGNANIE! Nie jest już jednym z nas! Nie ma prawa mianować się członkiem klanu Uchiha! Zostaje w tej chwili oficjalnie wydziedziczony i zhańbiony na wieki! Nic go już w tej chwili tu nie trzyma. On we krwi ma zło i zdradę. Niech zniknie z naszego życia. Nie jest już członkiem klanu!
Kobieta z głośnym szlochem wybiegła z gabinetu. Przez łzy nawet nie zwróciła uwagi na Itachiego, który schowany w cieniu, oparty o ścianę słyszał wszystkie oskarżenia. Matka minęła go, jakby nie istniał i pobiegła na górę. Cichy trzask poinformował, że zamknęła się w sypialni. Wcale nie czuł się lepiej niż Mikoto. Bolało go to, jak mówił o Sasuke. A najgorsze, że nie mógł uciszyć ojca, zaprzeczyć, zanegować. Mógł tylko słuchać tego w milczeniu. Dla dobra Konohy, musiał mieć pełne zaufanie Fugaku, taka była jego misja. Za żadne skarby, nie dopuścić do kolejnego zamachu. Jednak wszystko by dał, aby chronić brata, aby on na niego się darł, jego zmieszał z błotem, nie Sasuke. Zamknął powieki, głęboko wzdychając. Odepchnął się od ściany i ruszył powolny krokiem do swojego pokoju.
— Itachi chodź na chwilę — zawołał wychylając się z gabinetu. Długowłosy zamarł w połowie schodów, patrząc nieprzychylnie na otwarte drzwi. Czyżby i jemu kazano po raz drugi wysłuchać tych tyrad pod adresem brata? Niestety nie miał wyboru, zawrócił wchodząc niepewnie do pomieszczenia.
— Usiądź — polecił wskazując krzesło, odkładając pozrzucane chwilę temu dokumenty na miejsce. — Musimy porozmawiać — zakomunikował sam zasiadając naprzeciwko.
— O co chodzi? — zapytał ostrożnie, przygotowując się na wszystko. Przy Fugaku trzeba było się nauczyć odporności na zaskoczenia. Niestety, ale głowa klanu Uchiha była nieprzewidywalna, w tym negatywnym znaczeniu. Ostatnio ilekroć ojciec miał mu coś do powiedzenia to robiło mu się słabo. Najpierw ciekawy wykład o antykoncepcji z demonstracją używania prezerwatywy, potem wiekopomny moment, kiedy ogłosił, że dokonuje zamachu, a teraz to. Spojrzał w surowe oblicze pana domu, gotowy usłyszeć kolejny osłabiający monolog.
— Jesteś na tyle inteligentny, aby wiedzieć, jakie kroki podjąłem względem zdrady twojego byłego brata — oznajmił, kładąc nacisk na słowo „byłego”. Pokiwał niechętnie głową. W końcu wszystko słyszał, zaledwie parę minut temu. — Jest wydziedziczony, wyrzekłem się jego i nie ma prawa przekroczyć tego progu. To jest jasne, nie wracamy do tego. Chciałbym z tobą porozmawiać o sytuacji w wiosce. Przeczytałam zaległą prasę — rzekł wskazując dłonią stos gazet, na która spojrzał i Itachi odczytując tytuł artykuły dnia „Co się stało z konoszańską policją? Zapytują zaniepokojeni obywatele”. — Zgodnie z obietnicą Hokage została opublikowana oficjalna wiadomość, dlaczego zniknęliśmy. Niestety jak widać nie ukróciło to plotek snujących się po wiosce. Nawet dziennikarze się o tym rozpisują — dodał patrząc krzywo na gazetę, której chwilę temu przyglądał się Itachi. — Opowiedz mi, co się o nas mówi w Konoha? Jakie są nastroje wśród mieszkańców i o czym są aktualne plotki?
Brunet zamyślił się. Ojciec nie był głupi. Zaczął się już przygotowywać do powrotu do pracy. Pojawieniem się jutro oddziałów policji na ulicach spowoduje nie małą wrzawę. Hokage przedstawiła oficjalną wersję, ale to ludziom nie wystarczy. Do posterunku zaczną dobijać się dziennikarze żądający wywiadów i potwierdzenia z samych ust Fugaku. Mężczyzna musi przygotować na to resztę klanu oraz wiedzieć, co powiedzieć natrętnym reporterom.
Po chwili namysłu Itachi przedstawił ojcu nastroje panujące w wiosce i usłyszane plotki. Nawet, jeśli by się nie chciało nie sposób ich nie znać. Wszystko kręciło się wokół sprawy zamachu, chociaż nieliczni potrafili to tak nazwać. Opowiadał o tym, że nie wszyscy przyjęli oficjalną wersję o Kindersach i snują własne domysły, dlaczego ludzie mdleli w tamtą noc. Pojawiały się dość logiczne wytłumaczenia jak: nocne treningi, spór pomiędzy Korzeniem a Kindersami, który urósł do otwartych walk, atak wrogich wiosek. Jednak sporo też było pomysłów z kosmosu, plotki na temat badań nad gazem usypiającym, do którego wycieku doszło w nocy, lunatykowanie grupki osób. Były również oskarżenia o chęć wybicia się niektórych, którzy dla pojawiania się w gazecie wymyślali brednia lub podłapali sprawę chłopaka śniącego na jawie. Pojawiały się nawet doniesienia o zmutowanym komarze, którego ugryzienie powoduje omdlenia. A plotki dotyczące zniknięcia oddziałów policji również dzieliły się na te sensowniejsze i te absolutnie pozbawione sensu. Pisano o oficjalnej wersji, która zaczęła mieć też różne odmiany, jak wyruszenia klanu Uchiha na pomoc w wojnie do innej wioski, nie zaś do lorda feudalnego, czy udział w pacyfikowaniu grup przestępczych na popularnych trasach handlowych, albo fanaberiach nastoletniej córki lorda, która słynęła ze swojego rozpieszczenia i dostawania to, czego chciała. Także o domysłach, gdzie rzekomo doszło do buntu Uchiha, którzy zaprzestali pracy domagając się podwyżek oraz większych przywilejów. To były te bardziej rozsądne pomysły, gdyż pojawiały się również takie, według których cały klan pojechał w święte miejsce na południe kraju obchodzić święto ognia, przypadające na te dni. Osoby mające większą wyobraźnią wymyślały absurdy o schowaniu się Uchihów w podziemiach i opłakujących śmierć Madary, której rocznica była w dniu zniknięcia ich z ulic Konohy. Naprawdę jeden nonsens pociągał za sobą drugi, który urastał do rangi bzdury dnia, tworząc istny kretynizm. Niestety wśród tego całego wiru informacji, znajdowały się perełki bardzo bliskie prawdy. Na szczęście niewiele osób w nie wierzyło, przez co autentyczne fakty ginęły w morzu bezsensu.

***

— Josuke musimy pogadać.
Do sali treningowej przeznaczonej dla piątego stopnia wtajemniczenia wszedł Danar, jak zwykle niosący naręcze dokumentów.
— O co chodzi? — zapytał odwracając się w jego kierunku.
— Na osobności.
— Nie widzisz, że jestem zajęty — odparł wskazując trójkę shinobi, który nie zwracając uwagę na rozmawiających, dalej powtarzali układ.
— W praktyce już to umieją, a ty znów się wymigujesz — skwitować zerkając na płynne ruchy ćwiczących. Josuke w ostateczności westchnął opuszczając pomieszczenie.
— Dałbyś odpocząć. Już się dzisiaj napracowałem — zakomunikował wracając myślami do trzech porannych godzin spędzonych na podpisywaniu papierów. Danar postanowił tego nie skomentować. Dalszą część korytarza przemierzyli w milczeniu. Dopiero, kiedy przywódca zasiadł za biurkiem, mężczyzna położył przed nim teczkę.
— To ty miałeś przydzielić misje. Rano zatwierdzałem wybory — przypomniał. Bardzo często, jak nie non stop zlecał asystentowi rozdzielanie zadań. W praktyce, tylko dla piątego stopnia osobiście zajmował się tego typu sprawami.
— Przeczytaj — polecił, siadając naprzeciwko mężczyzny, który z zmarszczonym czołem pochwycił teczkę. Ze skupieniem zapoznawał się z dokumentami dotyczącymi misji w Ame. Czytał cel, wytyczne, zalecenia, problemy, jakie sprawia to zadanie, dotychczas zebrane dane oraz szczegóły dotyczące samego wykonania.
— Gdzie jest kandydat? — dopytał podejrzliwie, skończywszy przeglądać otrzymane materiały. Ewidentnie coś mu nie pasowało w zachowaniu podwładnego. Danar nie miał problemu z rozdzielaniem misji. Rzadko, kiedy dochodziło do konsultacji, a w niepewnych sytuacjach po prostu podawał kilku kandydatów i Josuke sam wybierał przy ostatecznej decyzji, zatwierdzającej przydział.
— Oto kandydat, a raczej kandydatka — odparł kładąc na biurku kolejną teczkę z imieniem i nazwiskiem oraz zdjęciem członka Kindersów. — Jedyna — dodał przesuwając przedmiot bliżej mężczyzny.
— To nie dla niej — oznajmił pewnie, kręcąc przecząco głową. Nawet nie dotykając teczki.
— Zajrzyj do niej — polecił podsuwając teczkę jeszcze bardziej.
— Doskonale znam to, tak jak ty. — Odsunął ją na bok, patrząc nieufnie.
— To, chociaż zerknij na to.
Na biurku wylądowała kartka. Danar był przygotowany do tej rozmowy i dość długo studiował charakterystyki członków organizacji, aby móc teraz przedstawić najodpowiedniejszego kandydata. Mężczyzna jeszcze przez chwilę nie spuszczał z asystenta nieprzychylnego wzroku, nim raczył zerknąć na papier. Niedbale z lekko zdenerwowanym ruchem pochwycił dokument, jakby od nie chcenia przyglądając się mu.
— To jeszcze o niczym nie świadczy — oznajmił stanowczo, odkładając kartkę z dość głośnym trzaskiem dłoni o blat.
— Uwierz czy nie, ale naprawdę innego kandydata nie mamy. Cały poranek siedziałem w aktach, próbując wybrać właściwą osobę.
— I wybrałeś źle. Ona nie nadaje się do takich misji. Już dawno ustaliliśmy, że dla niej takich nie wybieramy. A powód — urwał, chwytając za odtrąconą teczkę. Szybko wertował kartki, doskonale wiedząc, czego szuka. — To — dodał podając sprawozdania od medyka.
— Nie przeoczyłem tego. Wiem, że jej techniki nie pozwalają na tego typu misje.
— W takim razie nie nadaje się.
— Josuke, ja wiem, że jej techniki są inwazyjne i nie może ich używać przez dłuższy czas, czego by ta misja wymagała. Jednak chciałbym zwrócić uwagę na ogłoszenie.
Wychylił się z krzesła, opierając o blat biurka. Z leżącej na stole otwartej teczki, dotyczącej zadania, wyjął kartkę od Hokage, podając ją przełożonemu.
— Czytałem to — skwitował dokładając otrzymany papier, nadal będąc nieugiętym w swoim osądzie.
— Sama Hokage napisała, że nie ma ludzi do tego. Ame jest, jak niezdobyta twierdza, nic o nim nie wiemy. Wysyłała nie raz ludzi do zinfiltrowania wioski, lecz wszystko szło na marne. Nikt nie wie jak Hanzo dowiaduje się o próbie dostania się do Ame. W ogóle, nie jesteśmy pewni czy to on faktycznie sprawuje władzę. A mamy podejrzenia, że tak nie jest. Musimy potwierdzić nasze domysły. Hokage uważa, że w wiosce doszło do przewrotu i zmiany władzy. Wnioskuje to na podstawie ich działań. Nagle z roku na rok przestali wysyłać shinobi na egzaminy chuunina, stali się jeszcze bardziej zamknięci niż przedtem, nie przyjmują gości, nawet posłańców z sąsiednich wiosek, Hanzo nie pojawia się poza wioską, niemalże doszło już do zerwania wymiany jakichkolwiek not dyplomatycznych. Hokage uznała, że powierza zadanie nam. Sama napisała, że to misja priorytetowa…
— I chciałaby szybkiego jej wykonania — dokończył wcinając mu się w słowo. — Czytałem to i wiem, jaka jest sytuacja.
— W takim razie proszę spojrzeć tu — oznajmił wskazując palcem lewy górny róg, gdzie była napisana przykładowa długość misji. — Jak najszybciej, czas nieokreślony — odczytał. Brwi Josuke zeszły się w jedną. Stanowczym ruchem pochwycił kartkę, teczkę oraz wyjęte papiery od medyka. Zapadł się w fotelu dokonując analizy. Danar lekko się uśmiechnął, widząc, jak przywódca z zaciętością studiuje materiały. Wszystko szło po jego myśli. Oparł się wygodnie o krzesło, czekając na werdykt.
Josuke jeszcze przez dłuższą chwilę mamrotał po cichu, szeleszcząc szybko przekładanymi dokumentami.
— Eh — westchnął w końcu rzucając dane na blat. Zrozumiał, co Danar chciał przekazać. Hokage nie sprecyzowała terminu na wykonanie misji. Mogliby zamiast krótkotrwałej trzy dniowej, zrobić kilku tygodniową a nawet miesięczną. Wówczas techniki dziewczyny nie byłyby taką przeszkodą. Nie musiałaby stosować ich przez wiele godzin, czego nie wytrzymałoby jej ciało. Gdyby to rozciągnąć w czasie, mogłaby stopniowo poddawać Ame infiltracji.
— Nie ma nikogo innego? — dopytywał opierając głowę o rant oparcia i patrząc w sufit.
— Niestety nie.
— Hm… A ktoś od Miyagami? Nie mogliby dokonać tego poprzez dźwięk? A nie, przecież ich wykryją — odpowiedział sam sobie. Umilkł na chwilę, oglądając ruchome cienie na suficie rzucane przez liście drzewa, poruszane przez wiatr. Myślał, kim można by było zastąpić kandydatkę Danara. W raportach od Hokage zostały dokładnie opisane sposoby przedostania się do wioski. Wszystkie standardowe próby zawiodły. Nie sprawdzał się kamuflaż, podział cienia i atak z różnych stron, aby odwrócić uwagę wroga, odpadały też techniki transformacji, nawet wysyłanie ninja zwierząt. Nikt nie wiedział, jak to się działo, że bywali natychmiast wykrywani. Według domysłów mogła za tym stać woda. W Ame wiecznie padał deszcz, było bardzo wilgotno, często unosiła się mgła zamykając wioskę jakby pod kopułą, a wokół nic tylko woda. Do wioski prowadzi tylko jedno wejście/wyjście, nie ma innych dróg dostępu. Została przez to potocznie okrzyknięta Niezdobytą Twierdzą.
— Woda kontra woda, co? — mruknął po długich namysłach, zmuszony przyznać rację.
— Nie inaczej — potaknął. — Jeśli domysły są słuszne, tylko ona będzie w stanie dostać się do środka.
— Wolałbym jej na coś takiego nie wysyłać — oznajmił przenosząc wzrok na Danara.
— Rozumiem twoje obawy. Jest ryzyko, nie małe, że nie wytrzyma takiego przeciążenia tymi technikami.
— A z drugiej strony, tylko tymi technikami możemy cokolwiek zdziałać — dokończył, znów wracając do kontemplowania sufitu.
— Dokładnie. Jednak nadal istnieje opcja, że i one nie zdarzą egzaminu.
— Powiedz wprost. Mała to szansa. W Taki sobie radziła. Po za tym, przeszła testy na niewykrywalność, inaczej nie byłaby na piątym stopniu.
— Prawda. Aczkolwiek proszę zwrócić uwagę, że nie wysyłasz jej na pewną śmierć. To jedynie inwigilacja. Nie musi się śpieszyć, działać szybko. W powolnym tempie będzie poznawać wioskę, a w razie wykrycia ulotni się.
— A jednak wysyłamy dziewczynę w tak nieprzychylne warunki. To nie jest standard, nawet dla shinobi.
— Innej opcji nie ma.
— Zdążyłem zauważyć — odparł zgryźliwie. — Ale trzeba na tym jakoś skorzystać — dodał odrywając plecy od oparcia.
— Co masz na myśli? — zapytał przyglądając się podejrzliwie uśmiechającemu się mężczyźnie.
— Sprawdzimy czy piesek jest wierny i lojalny swojej pani. Dzięki temu będziemy mieć niezbite dowody na to, że jest fałszywy. I już żadne wykręty mu nie pomogą. Sama z nim zerwie, jak tylko przedstawimy odpowiednie argumenty nie do podważenia — mówił uśmiechając się chytrze i pocierając ręce z zadowolenia, że jednak ta misja będzie mieć jakieś swoje plusy.
— Równie dobrze może się okazać, że nie znajdziemy żadnych argumentów.
— Nie przesadzaj — mruknął, a radość uleciała, tak szybko jak się pojawiła. — Za dużo chyba nasłuchałeś się jej i Fumiko.
— Mogą mieć rację. — Josuke wywrócił oczami. — Powinniśmy być obiektywni w tej sprawie.
— Tak, tak — odparł lekceważąco machając ręką. — Ale nawet, jeśli nie zajdziemy dowodów, może ten deszcz wymyje jej te głupie pomysły z głowy.
— Albo samotność spowoduje, że zatęskni bardziej.
Gdyby wzrok mógł mordować, Danar leżałby martwy. Spojrzenia Josuke mówiło same za siebie. Aż przeszły ciarki po plecach.
— Ja nic nie mówiłem — odparł wycofując się ze swoich słów. A na znak niewinności podnosząc nieznacznie ręce z otwartymi dłońmi.

***

Brunet nie mógł znieść atmosfery w domu. To było zbyt przytłaczające. Matka płakała po kątach, ojciec się panoszył. Najchętniej to wyprowadziłby się na kilka dni, póki nastroję nie ustabilizują się na względnie normalnym poziomie. Z Fugaku pod dachem, można było mówić tylko o względnej normalności.
Wewnętrzny spokój nie dawało mu nawet czyszczenie broni czy polerowanie kunai i katany. Toteż wyszedł, czym prędzej, nie ważne, po co, ani gdzie, byle z dala od rodziny. Odruchowo chwycił za komórkę, chcąc spotkać się z Keiko. Ona zawsze umiała poprawić mu humor, co by się nie działo. Jednak dziewczyna nie odbierała, po kilku próbach dodzwonienia się dostał sms’a. Była w organizacji na treningu nowej formacji. Nie mogła się z nim widzieć, ale podsunęła mu dobry pomysł. Postanowił w samotności oddać się morderczemu treningowi, który wyciszy go wewnętrznie. A chcąc uciec od zgiełku wybrał najmniej uczęszczane pole treningowe. Wcale tu nie chodziło o te blisko ulicy klanu Uchiha, będące w praktyczne prawie ich własnością, gdyż nikt inny nie chciał tam przychodzić. Zdecydował udać się na stare, opuszczone już miejsce treningów. Znajdowało się ono na zachód od głów Hokage, prawie przy skale, na której są wykute.
Popatrzył na od dawna nieużywany sprzęt. Kilka pali do uderzania i ruchomych ludzików, których jak się zaczęło bić to „oddawali”, kilkadziesiąt pali, po których można było biegać ćwicząc równowagę, porozwieszane liny i łańcuchy również do treningu równowagi. Kilka pomniejszych trampolin i jedna duża. Niezbyt skomplikowany układ ścian do wspinaczki. Do tego rozbudowany i złożony tor przeszkód wyglądający jak metalowa klatka. A to z powodu ilości drążków, które pionowo, poziomo, biegły na ukos, w górę i w dół. Konstrukcja posiadała też dwie siatki do wspinaczki, równie pochyłą, liczne koła gimnastyczne, zwisające zwykłe liny czy łańcuchy w formie albo wsparcia albo imitacji wroga/przeszkód, a w to wszystko poustawiane, niekiedy w dziwnych i trudno dostępnych miejscach tarcze na shurikeny i kunaia. Oczywiście standardowo nie obeszłoby się bez szeregu tarcz ustawionych w linii prostej oraz kilkunastu zamieszczonych na różnorakich wysokościach i również pod różnymi kątami.
Opustoszały teren, lekko zarósł. Nikt tu już nie przychodził. Pole było małe i dość słabo wyposażone w porównaniu do innych. Brakowało miejsca na sparingi, więcej niż dwie pary by się nie pomieściły. Stąd sprzęt stał od dawna nieużywany i zdążył pokryć się rdzą. Itachi zastanawiał się przez chwilę czy przypadkiem nie rozleci się, jak nagle zacznie być eksploatowany.
Odstawił butelkę na jeden z pali i zabrał się za rozgrzewkę. Po półgodzinnym rozciąganiu mięśni był gotowy, aby rozpocząć właściwy trening. Na pierwszy ruch poszedł ruchomy przeciwnik. Uderzał w niego w bardzo szybkim tempie, tak, że drewniane ręce nie były w stanie dotknąć niczego prócz kończyn, którymi bił. Niestety w jeden cios włożył trochę zbyt dużo siły. Odstających kij połamał się. Był przyzwyczajony do solidniejszych i mocniejszych manekinów. Z przyczyn technicznych zmienił sprzęt na zwykły pal, którego okładał pięściami, łokciami, kolanami oraz stopami. Pal nienawykły do ciosów, za każdym razem wydawał z siebie cichy jęk, skrzypiącego drewna. W momencie wykonywania kopniaka z pół obrotu, oderwał się kawałek, szczerbiąc górną część przedmiotu. Brunet zatrzymał się, rozumiejąc, że jak tak dalej pójdzie to i zdewastuje to. Korzystając z chwili przerwy, wziął spory łyk wody, rozglądając się po okolicy. Z nieufnością patrzył na metalową konstrukcję, obawiając się, że już po pierwszym przejściu większość się złamie. Reszta również nie zachęcała. Starość sprzętu oraz jego stan zużycia nadawał się tylko dla niewprawionych uczniów Akademii lub świeżo upieczonych geninów, nie zaś wyszkolonych członków ANBU, ważących więcej od przeciętnego dzieciaka. Jednak mimo tego te pole posiadało dużą zaletę, było z dala od wszystkiego i nikt tu nie przychodził. Niestety często bywało tak, że gdy Itachi zjawiał się na innym polu treningowym niż tym znajdującym się przy terenach klanu Uchiha, zaraz przychodziły stada nastoletnich fanek. Piszczące dziewczęta nie dekoncentrowały go, nie zwracał na nich zupełnie uwagi, jednak pod pewnym względem było to irytujące i przeszkadzało, zwłaszcza innym, którzy także korzystali z miejsca.
Ostawił butelkę na pal, wycierając kropelki potu z czoła. Wysoka temperatura, duchota i ogólny skwar wzmagały potliwość, nawet przy jakimkolwiek wysiłku fizycznym, a co dopiero czy treningu. Związku z tym, że nie planował wybrać się na trening, przez co nie wziął żadnej katany, shurikena czy chociażby jednego kunaia, musiał ograniczyć się do walki z wyimaginowanym przeciwnikiem i ćwiczeń fizycznych. Wolał już nie męczyć podstarzałego sprzętu.

W drodze powrotnej, postanowił zajrzeć do mijanego sklepu. Stojąc przy półce z wodą, dostrzegł znaną osobę wychodzącą z budynku. Niepewny czy dobrze widział, pochwycił butelkę udając się do kasy. Nie pomylił się, Haniko z torbami powoli kierowała się w boczną ulicę.
— Cześć — przywitał się, doganiając Shimanouchi.
— Cześć. — Zatrzymała się, uśmiechając lekko na powitanie.
— Co u ciebie? — zagadał, nie pozwalając kobiecie podnieść odstawionych siat.
— Jakoś leci — odparła wymijająco, próbując pochwycić uszy od toreb. Doceniała gest Itachiego, ale lubiła niezależność. W końcu to zaledwie dwie reklamówki, nie były zbyt ciężkie. Niestety, po kolejnej próbie odebrania zakupów zmuszona była poddać się, rozumiejąc powagę sytuacji. W końcu był z Uchihów i posiadał dość przerośnięty honor. Nie pozwoliłby kobiecie w swojej obecności nieść zakupów, chociażby składały się tylko z dwóch kilogramów mąki.
— A u ciebie? — zapytała, poddając się i pozwalając mu nieść zakupione produkty.
— W porządku.
— Jak tam Mikoto po naszej wizycie?
— Nie miała czasu o tym myśleć. Zaraz po waszym wyjściu wrócił Fugaku.
— Wiem, minęliśmy go — oznajmiła, odruchowo opuszczając głowę i patrząc na czubki swoich butów. Przed oczami powrócił widok głowy klanu w otoczeniu kilkudziesięciu mężczyzn, którzy z nienawiścią dającą się ciąć kataną, przemierzali ulicę. Wzdrygnęła się, podnosząc wzrok na witryny mijanych sklepów. W pewnym momencie zaczęła przyglądać się Itachiemu, który najwidoczniej odpłynął myślami.
— Po treningu? — zapytała, podsumowując jego wygląd.
— Słucham? — odparł przypominając sobie, że nie idzie sam.
— Z treningu wracasz?
— Tak.
I znów rozmowa urwała się. Mimo panującego milczenia, żadne z nich nie wyglądało na skrępowanych. Oboje nie byli gadatliwymi czy wylewnymi osobami, po prostu czasami lubili pomilczeć w czyimś towarzystwie.
— W sumie, to miałabym do ciebie prośbę — oznajmiła po dłuższym milczeniu, przypominając, co obiecała sobie po powrocie z obiadku u Mikoto.
— Tak? — zapytał odsuwając się, aby nie wpaść na biegnące na oślep dziecko. — O co chodzi? — dopytał wyrównując marsz.
— Nie potrenowałbyś ze mną odporności na sharingan?
— Słucham? — Spojrzał na nią zaskoczony.
— Oczywiście nie teraz, ale w jakieś wolniejszej chwili?
— Dlaczego ja, a nie Sasuke? — wyjaśnił powód swojego zdziwienia.
— Ta, akurat trenować z nim da się. Będzie więcej pouczającej gadki niewnoszącej nic i popisywania się, niż faktycznie ćwiczenia. Sasuke nie nadaje się na nauczyciela.
— Coś w tym jest — poparł blondynkę, po zastanowieniu się. Brat nie był zbyt cierpliwy, wyrozumiały, pomocny czy wdający się technikalia. Faktycznie, jego nauczanie nie byłoby zbyt efektywne. — Jasne, nie ma sprawy. Możemy umówić się na trening, kiedy tylko będziesz chciała — oznajmił, rozumiejąc, że blondynka czeka na odpowiedź.
— Dziękuję — odparł uśmiechając się przyjaźnie.
— Przynajmniej ty chcesz ze mną trenować — mruknął markotniejąc na chwilę.
— Słucham? — zapytała. Wyszeptał zbyt cicho, aby wiedziała, co powiedział, lecz akurat w tej chwili spojrzała na niego, dostrzegając ruch warg.
— Keiko też chciała trenować odporność na sharingan. Niestety nie mnie do tego wybrała — wyjaśnił z wyraźną nuta żalu, pobrzmiewającą w jego głosie.
— Żartujesz? — Zaprzeczył, ruchem głowy. — Nie mów, że z Sasuke będzie trenować?
— Nie. U siebie w organizacji mają kogoś z sharinganem. Daleka rodzina, wyklęta przez pewien incydent z przeszłości.
— A — rzuciła, nie podłapując tematu. Wyczuwając, niechęć Itachiego do prowadzanie dalszej rozmowy w tym kierunku.
Milczenie nie trwało długo. Kilka minut później stanęli pod drzwiami domu Haniko.
— Dziękuję — oznajmiła odbierając zakupy. Nim zdążyła pochwycić za klamkę, drzwi raptownie otworzyły się. — O — zawołała, omal nie wpadając na Sasuke. — Wychodzić?
— Tak — odpowiedział twardo, wymijając dziewczynę w progu.
— Dobrze — mruknęła obojętnie, wchodząc do domu i z cichym trzaskiem zamykając drzwi.
— Cześć.
— Cześć — burknął patrząc nieprzychylnie na brata stojącego na chodniku.
— Co jest? — zapytał, kiedy podszedł do niego. Od razu rozpoznał tą markotną minę. Niby już dorósł, lecz nawyki z dzieciństwa zostały. Tak samo wykrzywiał twarz i wkładał ręce do kieszeni, kiedy musiał zrobić coś, co mu nie pasowało.
— Nic.
— Mhm — mruknął ruszając z miejsca. O dziwo Sasuke nie uciekł od razu w przeciwną stronę, tylko szedł obok.
— Umyłbyś się. Śmierdzisz — zakomunikował po kilku krokach, lekko odsuwając się od niego.
— Wiem — odpowiedział spokojnie, nie przejmując się uwagą.
Między rodzeństwem zapadło milczenie. Sasuke obserwował drogę pod nogami, co jakiś czas kopiąc napotkane kamyczki i piorunując je wzrokiem. Itachi zaś starał się patrzeć przed siebie, jednak odruchowo zerkał na brata.
— Jak tam spotkanie z ojcem? — zapytał próbując dowiedzieć się, co zaprząta mu głowę.
— Nijak — burknął. — Minęliśmy się tylko na ulicy.
— To dobrze.
— A jak tam afera w domu? — dopytywał niby to od niechcenia.
— Nie chciałbyś wiedzieć.
— Pewnie masz rację. Na szczęście w porę się wyprowadziłem.
— Faktycznie. Szczęściarz z ciebie. Przynajmniej nie musisz słuchać tego wszystkiego.
— Wydziedziczył? — zapytał. Domyślał się, jaki dramatyczną awanturę zrobił ojciec po powrocie do domu. Nie było złudzeń, co do, kroków, jakie podjął, to było oczywiste.
— Wyparł się całkowicie.
— Jak matka to znosi?
— Nie najlepiej. Wszystko się skumulowało, twoje odwiedziny, powrót ojca. Płacze odkąd… — urwał zastanawiając się jak nazwać przedstawienie, jakie urządził Fugaku, — odkąd, ojciec przedstawił jej swoje stanowisko — odparł dyplomatycznie, starając się ubrać to, w jakieś ładne słówka.
— Tak wyszło — oznajmił. W pewien sposób biorąc odpowiedzialność za stan Mikoto. Nie chciał, aby kobieta to przeżywała, jednak wpływu na ojca już nie miał. W sumie to nigdy nie posiadał go.
— Na szczęście zdążyłeś z wizytą przed jego przybyciem.
— Teraz nie mam prawa tam wchodzić. — Nie było sensu pytać, wiedział, co wymyślił ojciec. Znał go na tyle dobrze, że mógłby teraz bez problemu wymienić słowa, jakie padały z jego ust. I w zdecydowanej większości byłyby trafne.
Zastało milczenie. Oboje zajęli się swoimi myślami, nie bardzo patrząc na tego drugiego. Przystanęli dopiero, kiedy były niedaleko ulicy klanu.
— No to — zaczął Sasuke. Nie bardzo wiedział jak się rozstać. Zawsze szli dalej i bez jednego słowa rozchodzili się dopiero w domu, do swoich pokoi.
— Trzymaj się i do później — oznajmił ratując brata z tej mało żenującej sytuacji.
— Jasne. Trzymaj się.

Itachi z cichym westchnieniem przekroczył próg posiadłości. Atmosfera wcale nie zelżała. Udając się na górę, dostrzegł ojca oglądającego wiadomości, zaś z matką minął się na schodach jak szła z pieluszką małej. Oczy miała przekrwione i opuchnięte, musiała naprawdę długo płakać, skoro objawy jeszcze nie zniknęły. Było mu szkoda kobiety, głowa opuszczona, zgarbiona sylwetka. Wyglądała posępnie, nieszczęśliwie oraz bardzo smutno, sprawiała wrażenie, jakby mogła dalej płakać, lecz nie było już, czym. Zawrócił stając w progu do kuchni.
— O Itachi — zawołała omal nie wpadając na syna, chcąc wrócić do Kinari. — Nie zauważyłam cię.
Nic nie powiedział, tylko przysunął kobietę do siebie, przytulając.
— Będzie dobrze — oznajmił, starając się dodać otuchy. Dziękując w duchu, że Mikoto nie była w stanie już płakać, a jedynie zacisnęła palce na materiale jego bluzki. Prawdą było to, co mówili, mężczyźni stawali się bezradni i zagubieni w obliczu płaczącej kobiety.
— Na pewno — rzekła odsuwając się i nikło uśmiechając. — Jest teraz wzburzony. Uspokoi się i minie mu — zapewniała, bardziej siebie niż jego, pragnąc by to się stało prawdą. — Oj ubrudziłeś się — zakomunikowała dostrzegając brązowa plamę na szyi.
— To nic — odparł, powstrzymując rękę matki przed starciem brudu. — I tak idę się umyć.
— To może ja ci zrobię herbatki — zaproponowała odwracając się w stronę kuchenki, aby wstawić czajnik. Itachi jeszcze chwilę stał przyglądając się krzątającej brunetce. Miał nadzieję, że jej stan szybko się poprawi a atmosfera zelży.

Jednak to nie miało nastąpić tego dnia. Przed położeniem się, chciał odnieść kubek do kuchni i niechcący podsłuchał rozmowę rodziców.
— Mowy nie ma — mówiła stanowczym głosem Mikoto. — Póki się nie opanujesz, śpisz sam — zakomunikowała twardo. Nie często widziało się ją w takim stanie.
— A, co jak mała zacznie płakać?
— To się nią zajmiesz — odparła, po czym wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Szybko przymknął swoje, które otworzył chcąc zejść na dół. Odczekał, aż nie usłyszał trzask kolejnych, tym razem prowadzących do pokoju Sasuke. Widocznie matka postanowiła tam spędzić dzisiejszą noc. Westchnął cierpiętniczo, zapowiadają się bardzo miłe dni.


2 komentarze:

  1. Zabieram się za nadrabianie rozdziałów i mam nadzieję, że uporam się w jeden wieczór. Na pewno będzie to wciągające doświadczenie - dam znać! Już zacieram ręce :) Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny rozdział. Dzieje się, nudą nie zawiewa, historia wciągająca. Czyli plusy, plusy, plusy :D Itachi jak to często bywa jest teraz między młotem a kowadłem. A Wy chcecie mu teraz wysłać Keiko na długą i ciężką misję? Cóż za okrucieństwo :( Jak do tego braciszek mu spie.... to chłopaczyna się podłamie. No ale nie gdybajmy. Co najbardziej mi się podobało? Oczywiście Mikoto i jej postanowienie o nie spaniu z mężem. A niech mu córusia płacze po nocach i da popalić tak bardzo, że na kolankach do żony przyczłapie i będzie błagał o powrót :D Oj ja to jednak jestem zła, ale to dlatego, że nie lubię Pana Uchiha.
    Weny i chęci do dalszego pisania :)

    OdpowiedzUsuń