25 marca 2017

14. To normalne dla mężczyzny, że oznacza swój teren

Ciężko nazwać dzisiejszy dzień udanym. Najpierw dziwna rozmowa z bratem, o ile wypowiedzenie kilku zdań i odejście można było nazwać rozmową. Potem kolejne pretensje ojca o zaniedbywanie obowiązków klanowych. Nie obeszło się bez moralizującego pouczenia, a także skróconego ostatniego spotkania. Nie znosił siedzieć w jego gabinecie, słuchając, jakie to klan ma problemy. Zwłaszcza że wszystko kręciło się wokół poprawy wizerunku policji, co miało się przełożyć na opinię mieszkańców o Uchiha. A wystarczyłoby nie kombinować, być milszym i wypełniać swoje obowiązki, ale tego mu nie powie.
Westchnął głęboko, zaparowując okno. Dzisiejszy dzień był niewypałem. Zerknął na trzymany w ręku telefon. Kilka minut temu a może już kilkanaście, nie kontrolował czasu, skończył rozmawiać z Keiko. Słodko szczebiotała, zapytując, kiedy ma się ochotę wprowadzić. Jak najszybciej, o tym pomyślał. Liczył na to, że prowadzenie się do niej poprawi relacje. Aktualnie czuł się, jakby stał w cieniu, w miejscu za jej plecami. Wszyscy wokół się liczyli, Kaoru, Sasuke, tylko on stał z boku cierpliwie, czekając na trochę uwagi. Skakała między przyjaciółmi, od czasu do czasu przypominając sobie o nim. Trochę to bolało, kiedy nawet jego brat stawał się dla niej ważniejszy. Kaoru jeszcze mógł zrozumieć, dawno się nie widzieli, znali od dzieciństwa, ale Sasuke? Powinien cieszyć się ich przyjaźnią. W końcu to dobrze, jeśli dziewczyna dogaduje się z rodzeństwem chłopaka, ale… dogadywali się, aż zanadto. Rozumiał, że głupotą jest być zazdrosnym o swojego brata, jednak dziwne nieprzyjemne uczucie nie chciało zniknąć. Ścisnął mocniej telefon, niechcący podświetlając ekran, z którego uśmiechała się do niego Keiko. Pewnego razu uparła się, że skoro są parą, to powinien mieć jej zdjęcia na wyświetlaczu. Osobiście porobiła kilkanaście fotek, wybierając tą jedną najładniejszą na tapetę. Uśmiechnął się nikło na wspomnienie tej sytuacji. Było to o wiele przyjemniejsze niż pamięć jej dzisiejszego powitania. „A to ty” dźwięczało mu w uszach, pobrzmiewając rozczarowanym tonem. Brakowało jeszcze słowa tylko, to tylko ty… Nie drążył tematu, dlaczego wolałaby zobaczyć Sasuke niż jego. Nie chciał wiedzieć, wystarczyło, że już na dźwięk tych słów poczuł dziwne ukucie.
— Kolacja.
Spojrzał na drzwi, skąd dobiegło pukanie i spokojny głos Mikoto. Wstał z parapetu, wciskając komórkę do kieszeni. Tragiczny dzień nie skończył się jeszcze. Nadal miał do wykonania ostatnie zadanie. Powiadomić rodziców o wyprowadzce, więc zapowiadało się dość ciekawie.
Z ponurym nastawieniem zasiadł przy stole, obserwując codzienny widok. Matka z entuzjazmem zachwalająca kaszkę opowiadając o tym, jaka ona nie jest przepyszna, starając się zachęcić małą do jedzenia. Ojciec ze standardowym milczeniem i tylko jego ciepły wzrok od czasu do czasu spoczywający na lekko odwróconej do niego tyłem żony, dowodził, że odczuwa jakiekolwiek emocje. Brakowało jedynie Sasuke z równie kamiennym wyrazem twarzy beznamiętnie dłubiącego w talerzu. Ostatni rok przyniósł wiele zmian. Nigdy nie byli przesadnie blisko siebie, ale zawsze wspierali się, cokolwiek się nie działo, brat mógł na niego liczyć, a teraz? To go dręczyło, co poszło nie tak? Nie potrafił już, tak jak kiedyś zamartwiać się o Sasuke, czar wiecznie malutkiego młodszego braciszka w potrzebnie, prysł. Wiedział, że on teraz potrzebował wsparcia, jednak nie umiał go udzielić. Wewnętrzna blokada żalu uniemożliwiała wykonanie pierwszego kroku.
— Itachi nie smakuje ci?
— Co? — zapytał wyrwany z rozmyśleń, zupełnie nie rejestrując pytania.
— Tak niewiele zjadłeś. Nie smakuje ci? — powtórzyła, wskazując na prawie nietkniętą kolację.
— Zamyśliłem się.
— Coś się dzieje? — dopytywała zaniepokojona, zabierając sprzed Kinari miskę, która lada moment mogła wylądować na podłodze.
— W sumie to tak.
Oczy kobiety zabłyszczały. Syn z własnej nieprzymuszonej woli, chciał się zwierzyć! Czuła, jakby to było zwieńczenie jej półrocznej misji przypominania Itachiemu, że przecież ma matkę, do której w każdej chwil, z każdą sprawą mógł się zwrócić.
— Chciałbym was poinformować, że się wyprowadzam — oznajmił spokojnym, aczkolwiek stanowczym głosem.
— A-ale jak to? Co? Oh — wyrzuciła z siebie ciche westchnienie, z niepokojem przyglądając się synowi.
— Kiedy chcesz się wyprowadzić? — ton głosu pana domu był niezmieniony.  Brak zaskoczenia, niedowierzania czy strachu, który pobrzmiewał w wypowiedziach matki. Fugaku ze swoim stoickim opanowaniem przyglądał się zdecydowaniu wymalowanym w oczach Itachiego.
— Jutro.
— Rozumiem — oznajmił, kiwając lekko głową.
— Dlaczego? — wyszeptała zaniepokojona. Próbowała doszukać się przyczyny tej nagłej decyzji. Przecież nie miał żadnych powodów, do tej pory nic o tym nie wspominał. Czyżby…? — Keiko jest w ciąży?
Czy on nawet matce musi kojarzyć się tylko z bratem? To, że Sasuke wyprowadził się ze względu na dziecko, nie oznacza, że on będzie szedł tą samą drogą. Zresztą po zamachu i tak musiał opuścić dom.
— Nie, nie jest w ciąży. Zapewniam. — Nikło uśmiechnął się do kobiety, udając, że nie ma żadnego konkretnego powodu. W końcu nie powie, że ma jej dość.
— To dobrze — oznajmił, zwracając uwagę zebranych. — I mam nadzieję, że nigdy nie będzie. Gdzie zamieszkasz? — kontynuował, uniemożliwiając reakcję na poprzednie słowa.
— Znalazłem odpowiadające mi miejsce — odparł wymijająco. Nie chciał zdradzać, że wyprowadza się do Keiko. Matka z tym nie miałaby większego problemu, za to miny ojca wolał nie widzieć. Według niego to mężczyzna jest panem domu, więc hańba jest wprowadzanie się do dziewczyny. Zgodnie z regułą, jak na samca alfę przystało, to on powinien kupić mieszkanie, tudzież inną posesję i ściągnąć swoją kobietę. Nigdy na odwrót, bo oznaczałoby to, że nie spełnia się w roli głowy rodziny. Cele prawdziwego mężczyzny: wybudować dom, spłodzić syna i zasadzić drzewo. Ile razy to już słyszał? I absolutnie nie było tam nic o mieszkaniu u dziewczyny. Zresztą i tak, Fugaku nie akceptował Higashiyamy, więc lepiej, aby nie wiedział.
— Gdzie? — Mikoto nie dawała za wygraną. Nie pozwoli wyprowadzić się synowi, nie wiadomo gdzie.
W łóżku Keiko, pomyślał, powstrzymując się od parsknięcia. Tego jednak wolał nie powiedzieć na głos, Fugaku mógł takich informacji nie zdzierżyć.
— Na obrzeżach Konohy.
— Masz nie zaniedbywać obowiązków klanowych — przypomniał, ostrzegawczym tonem. —Widzę cię na każdym spotkaniu.
— Oczywiście.
— Itachi jesteś tego pewien?
Spojrzała na niego z niepokojeniem, kładąc mu dłoń na ramieniu. Nie chciała tracić kolejnego syna, który opuszcza rodzinny dom. Wprawdzie będzie miała jeszcze Kinari, ale to już nie to samo.
— Na pewno to sobie przemyślałeś? — dopytywała. — Nie musisz się wyprowadzać. Nie ma takiej potrzeby. Będę rada, jeśli zostaniesz. Ojcu to też będzie na rękę.
— Mamo ja już postanowiłem. Wszystko jest przygotowane, tylko się spakować.
— A może byś to jeszcze przemyślał — nalegała. — Jeśli potrzebujesz więcej przestrzeni osobistej, to się nie krępuj. Możemy ci oddać do dyspozycji pokój brata. A jeśli chcesz Keiko zapraszać to nie ma sprawy. Chętnie ją przyjmę nawet na noc — zapewniała, lekko już desperackim głosem, uczepiając się jego ramienia.
O nie! Keiko spędzająca u niego noc, w piżamie wymijająca Fugaku w drzwiach do łazienki i plotkująca z Mikoto rano w salonie. Mowy nie ma!
— Mamo ja już podjąłem decyzję — oznajmił stanowczo, zabierając jej dłoń z ramienia. — To, że się wyprowadzę, nie oznacza, że nie będę przychodził w odwiedziny — dodał łagodniej, spoglądając w jej zmartwione oczy.
— Tak, ja wiem, ale…
— Mikoto.
Gwałtownie obróciła się, słysząc, jak Fugaku wypowiada jej imię. Rzadko się to zdarzało, szczególnie takim miękkim i ciepłym tonem.
— Jeśli tak postanowił, to niech tak zrobi. To jest męska kolej rzeczy. Tak musi być.
Mikoto zamrugała, przypatrując się mężowi z niezrozumieniem. Itachi również nie pojął rozumowania ojca, lecz obawiał się, że zaraz usłyszy ciąg dalszy, który będzie ciekawym wykładem.
— W życiu każdego mężczyzny…
I nie pomylił się.
— Przychodzi taki moment, kiedy należy opuścić rodziców, aby zacząć żyć samodzielnie. Samotny mężczyzna poznaje, co to odpowiedzialność. Uczy się, bycia panem we własnym domu oraz odkrywa, na czym polega zarządzanie przyszłą rodziną. To czas na zdobycie odpowiedniego doświadczenia, aby w przyszłości objąć ważne stanowisko na czele rodziny. To również okres, w którym mężczyzna może się wyszaleć. Poznać smak życia erotycznego i pierwszych związków. To pozwoli nauczyć się obejścia z kobietami. To bardzo ważne. W tym czasie mężczyzna poznaje wiele potencjalnych kandydatek i, kiedy nadejdzie odpowiedni moment, mądrzeje, porzucając przelotne romanse. Wiąże się z odpowiednią kobietą i powraca na rodzinne łono przejąć obowiązki głowy klanu. Taka jest kolei rzeczy. Uważam, że Itachi powinien podjąć ten krok i wejść na kolejny etap.
Kobieta nie umiała wydusić z siebie słowa. Mrugała intensywnie patrząc na stanowczą postawę Fugaku. Wiedziała, że mąż ma dość konserwatywne podejście do niektórych spraw i nie jest otwarty na inne stanowisko poza jego własnym, ale wolałabym, aby tego nie uczył. Nie chciałaby, aby jej syn został łamaczem kobiecych serc, traktując związki, jak przelotny romans, a kobiety przedmiotowo.
Gdyby mógł, to by zakrył oczy dłonią, wzdychając cierpiętniczo. Niestety zmuszony był zachować zimną postawę i ani drgnąć. Ojciec nie od dziś miał dziwne wywody, jednak ten z całą pewnością mieścił się w topowej dziesiątce. Jeszcze zniósłby to, gdyby nie opowiadał tego matce. Co sobie Mikoto teraz o nim pomyśli? Zawsze miał opinię grzecznego synka, spełniającego oczekiwania ojca, idąc tym tropem, ten łańcuszek również powinien wypełnić. Miał ochotę zapaść się pod ziemię.
— Postanowione — zakomunikował, wstając od stołu. — Jednakże liczę na to, że ten okres w twoim życiu nie będzie zbyt długi. Jesteś prawie w wieku, w którym powinieneś już ustatkowywać się i przedstawić nam odpowiednią wybrankę.
— Ale przecież on ma…
— Odpowiednią wybrankę — zaakcentował wyraźnie. — Itachi rozumie to — dodał, znacząco spoglądając na syna, który mimowolnie spiął się. Po czym dostojnym krokiem opuścił kuchnię, udając się na wieczorne wiadomości.
W kuchni została tylko kobieta ze zniecierpliwioną Kinari uderzającą rączką o blat, gdzie chwilę temu leżała jej kaszka, gdyż Itachi również podniósł się, pośpiesznie wychodząc, byle by umknąć jej pytaniom.

***

— Jaki masz kolor?
Dziewczyna oderwała wzrok od gierki w telefonie, spoglądając na zapatrzonego w okno mężczyznę. Nikt nie powinien wiedzieć, więc wszyscy milczeli. Poza jednym wyjątkiem. Ona, Isamu i Kaoru, wbrew prawu zawsze informowali siebie nawzajem. Jednak zignorowała pytanie, dając tym samym sygnał, że coś jest nie tak. Zrobił kilka długich kroków i stanął przed nią, gwałtownie wyrywając komórkę z ręki.
— Jaki kolor? — zapytał ponownie ostrym tonem, uważnie wpatrując się w jej twarz.
— Co w ciebie wstąpiło? Czyżby twój został zabrudzony? — odparła wymijająco, starając się odciągnąć przyjaciela od drążenia tematu. Zawsze go sobie podawali, ale to nie znaczyło, że było to mniej wstydliwe.
— Zapytam po raz ostatni — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Jaki kolor?
— Za takie pytania można oberwać.
Oboje zwrócili się w stronę drzwi, o których framugę opierał się Hiroshi.
— Gdyby to Josuke słyszał — kontynuował, podchodząc do pary. — Pytanie o kolor jest zabronione, więc uważaj. Keiko ja już skończyłem, Nerin cię wzywa — oznajmił, zasiadając w fotelu obok.
— Już idę — mruknęła, odbierając komórkę i lekko odpychając mężczyznę. Jednak Kaoru nie miał zamiaru odpuścić, zatrzymał ją z oczekiwaniem wpatrując się. Z cichym westchnieniem nachyliła się, szepcząc:
— Nie przejmuj się, wszystko jest ze mną w porządku. Mój kolor to czerwień, a twój?
Uśmiechnął się, oddychając z ulgą. Odkąd Nerin powiadomił go o kolorze, nie mógł przestać o tym myśleć. Przekonany był, że sprawa wygląda lepiej, niestety z badań medyka wychodziło, co innego. Skoro tak kiepsko wyglądało to u niego, to jak się sprawy miały w przypadki Keiko? Półroczna misja, Itachi, napad na Josuke, bał się, że zwariowała. U Kindersów i Korzenia to nie rzadka rzecz. Ludzie, którzy cały czas operują dwiema maskami. Z radosny, nieszkodliwych, przemieniają się w bezlitosnych morderców gotowych zabijać nawet znajomych. Coś takiego pozostawia ślady na psychice. A do tego umiejętności Kindersów były specyficzne. Nie szczędzili ciała, skłonni oddać je diabłu w zamian za odpowiednie techniki. Wyniszczali się na własne życzenie, nie mają wglądu w stan zdrowia. Nie mogli mieć, gdyby wiedzieli, mogłaby pojawić się panika, strach. Tak się stać nie mogło. Głupie pytanie „jaki kolor” urosło do rangi niebezpiecznego, zakazanego dopytywania się. Kindersi nie mogli w pełni wiedzieć, w jakim są zdrowiu, ani fizycznym, ani psychicznym, jednak jakiś pogląd powinni mieć. Stąd też powstała niby niewinna zabawa w kolory. Okaz zdrowia biały, człowiek przeznaczony do egzekucji czarny.
— Fuksja.
To niżej niż u mnie, pomyślała odsuwając się do Kaoru i mierząc go bacznym wzrokiem. Prawie rok u Orochimaru, prawie rok ciągłego życia w strachu, prawie rok grania kogoś, kim się nie jest. Zmarszczyła z niepokojem brwi, jeszcze raz lustrując przyjaciela od głowy po stopy.
— Spokojnie, nic mi nie jest — rzucił, z zażenowaniem drapiąc się w tył głowy. Koślawy uśmiech czy nerwowy śmiech nie polepszyło sytuacji, nadal przyglądała mu się niepewnie.
— Koniecznie się weź za siebie, bo jak nie to z Isamu sprawimy ci taką terapię, że będziesz mieć nas dość — zagroziła, karcąco kiwając palcem. Zaśmiał się, targając jej głosy.
— Co byście nie zrobili i tak nigdy nie będę mieć was dość. A teraz grzecznie znikaj na kontrolę.
— Taki mam zamiar. A i po kontroli mam coś do zrobienia, więc nie czekaj.
— Uchiha — mruknął zniesmaczony, starając się nie wykrzywić usta w grymasie niezadowolenia. — Jeszcze o nim nie pogadaliśmy.
— Tak, tak — rzuciła na odczepne, podbiegając do drzwi. — Kiedyś zrobisz wykład o tym, jaki to on jest zły — dodała, wystawiając język i nim zdążył dopowiedzieć, opuściła bibliotekę.

***

— Zjaw się na w najbliższym czasie na badania — polecił, przeglądając plik kartek podanych przez asystenta.
— Badania? — powtórzyła zaniepokojona, nakładając bluzkę.
— Tak badania.
— Coś się zmieniło? Wyniki są nieprawidłowe? — dopytywała, wpatrując się z przejęciem w poruszający się po dokumentach długopis. Mężczyzna dopisał kilka uwag, intensywnie marszcząc czoło.
— Po prostu przyjdź na badania — polecił, poprawiając okulary i przenosząc na nią wzrok.
— Jaki kolor? — zapytała stanowczo.
— Tym wzrokiem mnie nie przestraszysz — odparł spokojnie, podnosząc się. — Nie wiem, czy się zmienił. To ustalą badania. Po prostu na nie przyjdź — tłumaczył, odkładając zdobyte dzisiaj wyniki do specjalnej teczki.
— Tak jest — mruknęła, odwracając się napięcie i opuszczając pokój. Nerin na chwilę zatrzymał się, wpatrują w zamknięte drzwi.
— Burgund — wyszeptał. — Kolor wina.

***

— Dobry! — krzyknęła od progu, uśmiechając się rozbrajająco.
— Itachi jest dzisiaj zajęty i nie będzie miał dla ciebie czasu.
— No wiem. Przeprowadza się, więc przyszłam pomóc.
Twarz Fugaku jeszcze bardziej stężała, o ile to w ogóle możliwe.
— Tak wiem, że sobie beze mnie poradzi — uprzedziła jego słowa, nie przestając się uroczo uśmiechać. — Ale wsparcie na misjach to podstawa, także oto jestem. Wpuści mnie pan?
Zanim odpowiedział, z głębi mieszkania dobiegł irytujący i głośny dźwięk telefonu. Odruchowo cofnął stopę, chcąc udać się do gabinetu, lecz znieruchomiał, zwężając źrenice. Jeden ruch, a ta nieznośna dziewucha raczy bezczelnie wepchnąć się do środka.
— Kochanie mógłbyś odebrać — zawołała kobieta, której wtórowało cichutkie zawodzenie. — Kinari się rozpłakała.
Jednak Fugaku ani drgnął.
— Coś nie tak? — zapytała Keiko przekrzywiając głowę. — Nie odpowiedział mi pan.
— Itachi jest w trakcie pakowania, nie potrzebuje osoby, która będzie go rozpraszała. Proszę przyjść, kiedy indziej. Do widzenia — odparł stanowczym głosem, zatrzaskując drzwi przed jej nosem.
— A takiego — burknęła, tupiąc noga i wystawiając język, czego nie mógł już zobaczyć. — A będę wredna — zakomunikowała, wyjmując z kieszeni komórkę. Zdjąwszy rękawiczkę nacisnęła odpowiednią ikonkę uruchamiając kontakt do Itachiego. Prawie już nacisnęła zieloną słuchawkę, ale ostatecznie zrezygnowała. Bardzo chciała zobaczyć minę Fugaku, kiedy ucałuje Itachiego na powitanie i pomachałaby mu z przedpokoju, z tryumfalnie rzuconym „i tak weszłam”. Jednak postanowiła być grzeczna i rozegrać to inaczej. W końcu pan Uchiha poszedł odebrać telefon, teraz ktoś inny powinien otworzyć. Zapukała po raz kolejny, przybierając rozbrajający uśmiech.
 — Doberek — zawołała nim drzwi w pełni otworzyły się.
— Witaj Keiko. Proszę, wejdź.
Kobieta cofnęła się, wpuszczając gościa. Dziewczynka rozpromieniła się na widok nowej osoby, łapczywie wyciągając rączki. Keiko nieznacznie krzyknęła, kiedy mała chwyciła ją za włosy ciągnąć w stronę rozwartej buzi. Na szczęście nim język je dotknął, Mikoto zareagowała, zabierając nowy obiekt zainteresowania z zaciśniętych palców, co poskutkowało płaczem.
— Cii maleństwo, cii — powtarzała, kołysząc się i machając jej przed oczami różnokolorową ośmiorniczką.
— Mówi już coś? — zainteresowała się, przyglądając, jak dziewczynka uspakaja się, ciekawskimi oczami wadząc za pluszakiem.
— To jeszcze za wcześnie — zaprzeczyła, uśmiechając się delikatnie. — Jest w stanie tylko gaworzyć i powtarzać pojedyncze sylaby albo tworzyć ciągi sylab.
— O! — zawołała ucieszona. — To skoro powtarza, to można ją nauczyć pioseneczek.
Podekscytowana swoim pomysłem pochwyciła zabawkę. Przy pierwszym melodyjnym „na” poruszyła jedną macką, przy kolejnym następną. Kinari zafascynowała się nowym wydarzeniem, uważnie przyglądając się poczynaniom Keiko.
— Teraz ty? — zakomunikowała, wskazując głową ośmiornicy na skonsternowaną dziewczynkę.
— Nanana — oznajmiła zadowolona z siebie, energicznie potrząsając jedną z macek. Nie miało to nic wspólnego z wymyśloną przez Keiko melodią, ale małej to zupełnie nie przeszkadzało. Jednak miłą atmosferę popsuło wejście smoka. A dokładniej Fugaku zamaszystym krokiem opuścił gabinet, udając się na przedpokój, gdzie obie stały zabawiając Kinari.
— Witam — przywitała się, uśmiechając najbardziej rozbrajająco, jak tylko potrafiła. Mężczyzna nie skomentował. Nieproszonego goście obdarzył jedynie przelotnym, nieprzychylnym spojrzeniem, przepychając się w stronę wieszaka.
— Itachi jest u siebie na górze — poinformowała Mikoto wyłapując napiętą atmosferę.
— To ja pójdę.

— Bum skarbie! — krzyknęła gwałtownie, otwierając drzwi, dosłownie wpadając do pokoju z szeroko rozstawionymi ramionami. Po czym ignorując to, że mu przeszkadza, uwiesiła się na ramieniu, żądając buzi na dzień dobry.
— Mówiłem, że sobie poradzę — odparł po skromnym muśnięciu policzka.
— A ja mówiłam, że i tak przyjdę — rzuciła, uśmiechając się czarująco. — Chciałam pomóc i spędzić trochę z tobą czasu — oznajmiła, zaglądając do porozstawianych kartonów.
— A co, cała reszta zajęta? Kaoru i Sasuke cię zbyli? — w tonie jego głosy pobrzmiewało rozdrażnienie. Keiko z zaskoczenia zatrzymała się, zamierając z wyjętą z kartonu teczką. Żal za ostatnią sytuacją, był aż nazbyt widoczny. Zmieszana sytuacją, nerwowo wierciła się w miejscu patrząc jak Itachi nie zaszczycając ją wzrokiem, ostrożnie pakuje zwoje. Nie mając innego pomysłu, porzuciła teczkę, mocno przytulając się do odwróconego tyłem mężczyzny.
— Przepraszam za wczoraj. Wynagrodzę ci to jakoś — gwarantowała entuzjastycznym głosem. — O! Dam ci… A nie, Kaoru wszystko zjadł. To ugotuję ci nowy obiad. Mówię ci, będzie przepyszny — opowiadała. — I mogę ci buzi dać — zapewniała, składając drobne pocałunki na łopatkach przez materiał bluzki.
— Nie gniewam się na ciebie — powiedział, odwracając się do niej przodem, klepiąc delikatnie po głowie.
— Na pewno? — spytała podejrzliwie. Potaknął, uśmiechnął się i poprawiając jej dwie nisko związane kitki, którymi starała się zakryć szyję, co wychodziło całkiem skutecznie.
— To jak już tu jesteś, pomóż pakować — wskazał na pokaźny stos książek rozłożony na łóżku.
— Sporo tego masz — mruknęła, rozglądając się po pokoju, szybko kalkulując, że na raz to się nie zabiorą.
— Trochę się nazbierało — potaknął, wkładając kolejne zwoje.
Faktycznie Itachi posiadał wystarczająco dużo, aby zapełnić więcej kartonów, niż można było się spodziewać. Również na pakowanie poświęcili więcej czasu niż potrzeba. Głównie przez Keiko, która zamiast skupić się na pracy, wolała szperać w jego rzeczach.
— Zostały tylko ciuchy i łazienka — oznajmił, rozglądając się po pustych półkach.
— A ta książka spod łóżka? — dopytywała, wyszczerzając się, doskonale pamiętając o wpadce podczas oficjalnego obiadu u państwa Uchiha.
— Niech zostanie.
— No weź, można by było przetestować to i owo z jej pomocą.
— Ma zostać.
— No dobra, dobra. A do pakowania ciuchów też masz jakąś technikę jak z tymi broniami? — zagadała, otwierając na oścież drzwi od szafy.
— Po prostu złóż je ładnie. Pójdę po rzeczy z łazienki.
— Spoko — rzuciła, odwracając się plecami, aby zacząć ściągać ubrania z górnej półki. Jednak, kiedy usłyszała cichy trzask zamykanych drzwi, szybko popędziła w stronę łóżka. Spod niego wydobyła nieszczęsną książkę, którą następnie wrzuciła na dno kartonu, przykrywając ją pochwyconym z wieszaka swetrem. Zachichotała dumna ze swojego czynu i nucąc ulubioną melodię, powróciła do właściwej czynności. W końcu, kto wie, taka pożyteczna książka może kiedyś się przydać, szkoda ją porzucić pod łóżkiem.
Trochę minęło nim Itachi powrócił z niewielkim pudełkiem po brzegi zapełnionym przyborami łazienkowymi. To wystarczyło, aby Keiko na dobre rozkręciła się sprawdzaniem garderoby mężczyzny. Zdążyła wybrać najładniejsze według niej bluzy i swetry, które z chęcią by na nim widziała. Nie wspominając o czterech przymierzonych, które z równą ochotą pożyczałaby lub grzecznie prosiła o oddanie, bo marznie.
— Keiko pooglądasz je, ja będziemy rozpakowywać. Teraz chciałbym szybko to ogarnąć — oznajmił, odbierając od niej koszulę, którą dokładnie oglądała z każdej strony. Nie zważając na jego marudzenia, zanurkowała w szafie, wydobywając kolejny ciuch.
— Itachi to twoje rzeczy z ostatniego prania — zakomunikowała Mikoto wchodząc do pokoju z naręczem starannie poukładanych ubrań.
— O! — zawołała Keiko rozkładając wydobyty z głębin szafy czarny t-shirt. Prosty, niewyróżniający się krój, nic nadzwyczajnego, oprócz jednego szczegółu, sporego emblematu klanu na plecach. — Ale fajne, mogę przymierzyć?
Wzruszył ramionami: — Jak chcesz.
Dziewczyna pośpiesznie naciągnęła materiał na swoją bluzkę, podbiegając do lustra.
— I jak? — pytała, starając ustawić tak, aby plecy odbijały się w zwierciadle.
— Pasuje ci kochana — wtrąciła się Mikoto odkładając przyniesione ciuchy na łóżko i podchodząc do Higashiyamy. — Naprawdę zadziwiająco ci pasuje.
— To tylko t-shirt — oznajmiła ciągnąć za czarny materiał na wysokości mostka.
— Mówię o znaku — wyjaśniła, dotykając czerwono-białego symbolu.
— Hm… — zamyśliła się, przyglądając swojemu odbiciu.
Zaprzestał przenoszenia bielizny z komody do kartonu, spoglądając na kobiety. Matka z dłońmi na ramionach Keiko przyciskała ją do boku, starając się, aby ich dobicia zmieściły się w dość wąskim lustrze. Zarzucone do przodu włosy, tylko uwidaczniały plecy. Na intensywnym czarnym tle czerwono-biały wachlarz, symbol Uchiha. Niby nic nadzwyczajnego, połowa ulicy klanu oznaczona była ich herbem. Jednak teraz ten symbol widniał na plecach Keiko, jakby… Poczuł przyjemne ciepło, nie mogąc odwrócić wzroku.
— Ślicznie wyglądasz. Jakbyś należała do Uchiha — oznajmiła, przyciskając ją do siebie mocniej. — Pamiętam, jak Fugaku mi podarował czarną sukienkę z tym znakiem. Było to wówczas bardzo eleganckie przyjęcie, gdzie została przedstawiona, jako przyszła pani Uchiha. Nasze oficjalne zaślubiny, oh — westchnęła, pogrążając się we wspomnieniach.
Zaślubiny, powtórzył w myślach, intensywnie wpatrując się w plecy swojej dziewczyny, a konkretniej w symbol Uchiha. Przesunął się nieznacznie, próbując dostrzec w lustrze jej wyraz twarzy. Keiko to zauważyła, spoglądając na jego odbite oblicze. Uśmiechnęła się uroczo, jakby próbowała pocieszyć.
— To bardzo miłe, co pani mówi, ale spokojnie, tak nie będzie — oznajmiła radośnie, kręcąc przecząco głową.
— Słucham? — zapytała zaskoczona, porzucając odruchowo uruchamiające się jedno po drugim wspomnienia z tamtych czasów.
— Należę do tego tu Uchiha — oznajmiła wskazując na Itachiego — ale do klanu… Może być pani spokojna, to się nigdy nie stanie — dokończyła, uśmiechając się czarująco. Wypowiedziała to swobodnie i spokojnie, mimo chwilowego zacięcia się.
— Czemu tak myślisz? — dopytywała przyciszonym zmartwionym głosem, zerkając kątem oka na syna. Poczuł się dziwnie i z nie do końca wyjaśnionego powodu, spiął się.
— Ja tak nie myślę, ja to wiem — odparła pewna swoich słów. — A mogę w tym zostać? — zapytała przerywając krępujące milczenie spoglądając na Itachiego prosząco. — Strasznie wygodne — dodała obciągając przyduży t-shirt.
— Nie ma sprawy — oznajmił, otrząsając się z osobliwego stanu, powracając do pakowania.
— Dzięks — rzuciła, płynnym ruchem zdejmując t-shirt oraz swoją bluzkę. Dwa materiały naraz lekko krępowały, przez co czuła się mniej komfortowo. Chciała zdjąć swoje ubranie, aby nałożyć nowe, jednak zapomniała o dość ważnym szczególe:
— Oh — zawołała Mikoto zakrywając usta dłonią. Czerwone plamy pokrywające ciało Keiko były nadal wyraźnie widoczne. W końcu zostały zrobione przedwczoraj. Nie ma mowy, aby po tak krótki czasie zbledły.
— Keiko czy Itachi traktuje cię odpowiednio? — zapytała zaniepokojonym głosem, robiąc krok w jej stronę.
— Słucham? — Odwróciła się, zaskoczona słowami Mikoto.
— Czy traktuje cię z czułością i delikatnością? — dopytywała, nie spuszczając wzroku z malinek.
Mężczyzna zaintrygowany pytaniami matki odwrócił się w jej stronę. Już nie musiał doszukiwać się przyczyny. Błyskawicznie pochwycił bluzę leżącą w niedopakowanym kartonie. Kilka długich kroków i już był przed dziewczyną, narzucając jej ubranie na ramiona, chcąc ukryć pół nagie ciało przed bacznym wzrokiem Mikoto.
— A nie, spokojnie to nie tak — zaczęła szybko zaprzeczać, próbując ratować dobre imię Itachiego, przed posądzeniami o molestowanie czy maltretowanie. — Na treningu byłam. Wyszłam trochę z wprawy i koleżanka trochę mnie urządziła tymi siniakami — tłumaczyła się gorączkowo. — To nic takiego, tylko siniaki — zapewniała, starając się brzmieć wiarygodnie. — Siniaki to nic takiego, szybko zniknął — wyjaśniała, powodując jedynie większe zwątpienie Mikoto w prawdziwość tych słów.
— A no tak, to tylko siniaki — skłamała, delikatnie się uśmiechając. — Uważaj na siebie kochana. To ja może pójdę zrobić wam herbatki — zaproponowała, co oboje przyjęli z ulgą, energicznie potakując. — To zrobię herbatki — oznajmiła, opuszczając pomieszczenie. Jednak nim zamknęła drzwi, ostatni raz przelotnie przyjrzała się Keiko. Nie kupiła taniego wykrętu. W końcu nie pierwszy raz widziała malinki i takich świeżych nie sposób było pomylić ze zwyczajowymi siniakami.
Itachi westchnął głęboko, siadając na łóżko. Palcami przeczesał włosy, wydając kolejne cierpiętnicze westchnienie.
— Przepraszam — wymamrotała, spuszczając głowę i bawiąc się palcami. Zapomniała, że przecież nie tylko szyje miała oznakowaną. — Ja nie chciałam.
— Wiem, ubierz się po prostu — mruknął markotnym tonem, nie zaszczycając wzrokiem, który ukrywał pod dłonią. Jeszcze tego brakowało, aby matka widziała w nim brutalne, niewyżyte zwierze. Wystarczająco ojciec mu wczoraj popsuł opinię, która od incydentu z łazienką i tak była nadszarpnięta.

***

— Kochanie masz chwilę? — zapytała, wchodząc do gabinetu.
— Oczywiście, o co chodzi?
Odłożył czytane dokumentu, przenosząc wzrok na zmartwioną żonę.
— Chciałabym, abyś porozmawiać z Itachim, zanim się całkowicie wyprowadzi.
— Myślałem, że już wyszedł.
— Tak, wyszli, ale nie udało się zabrać na raz, więc Itachi jeszcze wróci.
— Rozumiem. A o czym miałbym z nim porozmawiać? — zapytał zaintrygowany prośbą. Wprawdzie synowi wytłumaczył już wszystko, co powinni wiedzieć. Spełni rodzicielski obowiązek, opowiadając, skąd się biorą dzieci i jak używać prezerwatyw, więc, o co może jeszcze chodzić?
— Przypadkiem zauważyłam, że ciało Keiko pokryte jest dość mocnymi, a także licznymi malinkami — mówiła pomału, starając się dobrze ubrać zagadnienie w słowa. Fugaku nie należał do ludzi, którzy lubią wysłuchiwać owijania w bawełnę i innych pokrętnych dróg. Przedstawienie problemu powinno być rzeczowe, przejrzyste, pełne, zrozumiałe za pierwszym razem oraz zawierające, jak najmniej niepotrzebnych słów.
— W związku z tym — kontynuowała — chciałabym, abyś porozmawiał z Itachim o tym.
— Nie wiedzę tu powodu do rozmowy — odparł spokojnie, powracając do czytanego dokumenty. To znak, że koniec rozmowy, jednak Mikoto nie miała zamiaru ustąpić.
— Chodzi o to, że niepokoję się o stosunek Itachiego do kobiet.
— Mój syn ma na pewno odpowiedni stosunek od płci przeciwnej.
Stanowczość go nie opuszczała. Będzie uparcie trwał przy swoich racjach.
— Jednak to nie wyglądało zbyt…
— Posłuchaj — przerwał żonie, kolejne ciężko składane zdanie — malinki nie oznaczają, że nie traktuje jej należycie. To normalne dla mężczyzny, że oznacza swój teren. Czerwony punkt na szyi kobiety ma obwieszczać światu, że należy do niego. Jest jak flaga powiewająca nad budynkiem ambasady. To absolutnie zdrowy i naturalny odruch u mężczyzn.
— Rozumiem jakąś drobną na szyi, ale tak liczne na całym ciele i intensywne, to…
— To nadal nie jest powód. — Znów wtrącił się w jej wypowiedź. — Jak już mówiłem, oznaczenie swojego terytorium jest czymś naturalnym.
— Uważam, że powinieneś z nim porozmawiać, aby był bardziej czuły i delikatny.
— Nie ma potrzeby. Itachi jest teraz w fazie testów. Musi na kimś ćwiczyć, zanim spotka tą odpowiednią.
— Fugaku! — podniosła głos, gwałtownie wstając. — Nie powiesz mi, że nasz syn, kobiety traktuje przedmiotowo!
— Uspokój się skarbie — pouczył, wskazując krzesło. — Itachi rozumie, o co chodzi i zachowuje się odpowiednio. Nie ma powodu do zamartwiania się. Jest świadom tego, że Keiko nie jest odpowiednią dla niego kobietą.  Na pewno postąpił stosownie, informują ją wcześniej o tym.
— A to o to chodziło — wyszeptała. Nigdy to się nie stanie, pomyślała, przywołując jej słowa. Fugaku wcale nie uspokoił, wręcz przeciwnie napełnił jeszcze większymi obawami. Mikoto zdawała sobie sprawę z lekko przestarzałych, czasami odrobinę kontrowersyjnych poglądów męża, jednak zawsze uważała, że synowie odróżniają dobre od złego. Zaniepokoiła ją wizja, że tak nie jest.
— Faktycznie masz rację — oznajmiła, uśmiechając się sztucznie. — Przepraszam, że niepokoiłam taką błahostką.
— Nie ma sprawy. Cieszę się, że pojęłaś, o co chodzi.
— Tak, tak, teraz jest wszystko jasne.
Znała mężczyznę nie od wczoraj, wdawanie się w dyskusję o poglądach było równie sensowne, jak bieganie za motylem ze skarpetką zamiast siatki. Wszystkie poważne rozmowy z synami przekazywała Fugaku. Myślała, że tak będzie lepiej, że mężowi łatwiej będzie trafić do synów. To chyba nie był dobry pomysł, pomyślała z powątpiewaniem, kręcąc głową. Czyżby popełniła błąd, pozwalając, aby o tych sprawach opowiadał on? Itachi jest inteligentny, nie możliwe, aby bezkrytycznie przyjmował słowa Fugaku. Przecież zawsze uczyła ich szacunku i delikatności względem kobiet. Więc co poszło nie tak?
Z przejęta miną i lekkim stresem zasiadła w fotelu obserwując przedpokój. Teraz musi sprawę wziąć we własne ręce!

Z cichym brzdękiem ocierającego się o siebie metalu Itachi wszedł do domu. Zdjąwszy jedynie buty, skierował się na schody. Chciał szybko zabrać ostatnie dwa kartony i wrócić do Keiko, jednak Mikoto miała inny plan. Po cichu udała się za nim, zatrzymując go w drzwiach pokoju, kiedy chciał wyjść.
— Itachi mógłbyś usiąść na chwilę, chciałabym z tobą porozmawiać.
Spojrzał niepewnie na dłoń matki wskazującą łóżko. Dostawił ciężkie pudła, pod okiem obserwującej go kobiety. I z coraz bardziej słabnącym przekonaniem rozebrał się z wierzchnich ciuchów, siadając na skraju posłania.
— Chciałabym się dowiedzieć, jak traktujesz swoją dziewczynę?
Spodziewał się tego. Matka wówczas jakoś tak za szybko ulotniła się, nie poruszając bardziej tej kwestii.
— Mamo to nie tak jak myślisz.
— Nie, tu nie chodzi o te malinki.
— Siniaki — poprawił szybko, na upartego trzymając się wymyślonej przez Keiko wersji.
— Siniaki — powtórzyła, grając przekonaną, co akurat jej nie wychodziło. — Interesuje mnie bardziej, jakie masz względem niej zamiary?
— Słucham?
— Chodzi o to, czy traktujesz Keiko poważnie. O, dokładnie o to chodzi — dodała zadowolona, że wreszcie udało się dobrać odpowiednie słownictwo.
— Tak, traktują ją poważnie.
— Jak bardzo?
— Mamo, do czego dążysz? — dopytał coraz bardziej zlękniony dociekliwością kobiet. Miał jakieś nieodparte wrażenie, że zaraz wyskoczy ze ślubem. Może to przez tę koszulkę?
— Ojca trzeba szanować i słuchać. Jednak Fugaku w pewnym kwestiach nie zupełnie ma rację. Nie należy wszystkiego brać bezkrytycznie — mówiła powoli, ostrożnie dobierając słowa. Nie miała zamiaru podważać autorytetu męża, chciała tylko mieć pewność, że Itachi rozumie, czym są relacje damsko-męskie.
Westchnął, na pół cierpiętniczo na pół z ulgą. Cieszył się, że nie chodziło o żadne śluby, tylko o wczorajszy wykład ojca. Chociaż trochę niepokoiło to, że matka uważała, że jest zdolny do ślepego podążania za wytycznymi Fugaku.
— Spokojnie mamo — oznajmił, łapiąc kobietę za dłonie. — Ja wiem, że ojciec nie zawsze ma rację. Nie masz, o co się martwić, nie mam zamiaru postępować według wczorajszych punktów.  O to możesz być spokojna.
— Więc nie traktujesz jej jak przelotny romans i dziewczynę do nauki obejścia z kobietami?
— Oczywiście, że nie, nie masz się, o co martwić — zapewniał łagodnie, lecz stanowczo, aby nie miała wątpliwości.
— W takim razie, co jej naopowiadałeś? — zapytała, odsuwając się od syna, dokładnie lustrując jego zaskoczoną minę.
— Słucham?
— Musiała mieć powód, dla którego uznała, że nigdy nie będzie dla ciebie kimś bliższym. Zakochane kobiety dość szybko zaczynają planować przyszłość z ukochanym i oczekiwać pierścionka. Musiałeś jej dać jasno do zrozumienia, że czegoś takiego od ciebie nie może się spodziewać, skoro z taką swobodą i łatwością zaprzeczyła.
Odwrócił głowę, zabierając z jej dłoni swoje. Matka była ostatnią osobą — no dobrze, oprócz ojca — z którą chciałby rozmawiać o uczuciach do Keiko czy nawet relacji między nimi. Jednak nie mógł nie dać odpowiedzi, bo kobiet zacznie się jeszcze bardziej wtrącać. Poza tym wolał, aby miała o nim dobre mniemanie i nie uważała, że jest jak ojciec. Niestety nie wiedział, dlaczego Keiko to powiedziała, więc co miał wytłumaczyć Mikoto?
— Zależy ci na niej? — dopytywała, kładąc mu dłoń na ramieniu.
— …
— To znaczy, że tak. — Uśmiechnęła się. — Wbrew pozorom pasujecie do siebie i jestem przekonana, że stworzycie udany związek na lata. Kobiety nawet, które z zawodu są shinobi, a może wręcz zwłaszcza te, potrzebują delikatności i czułości. Nie należy je traktować zbyt brutalnie, bo szybko odejdą. Radzę ci to przemyśleć, bo drugiej takiej nie znajdziesz.
Nastała chwila ciszy. Itachi uparcie wpatrywał się w podłogę, nie mając odwagi choćby zerknąć w stronę kobiety. Czuł na sobie jej przenikliwe spojrzenie. Matczyny sokoli wzrok, przed którym nie ukryje się nic, nawet najdrobniejszy wykręt, czy ukryta emocja. To ten rodzaj spojrzenia, przy którym czujesz się bezbronny, obdarty ze wszystkich swoich masek i murów oraz od razu masz poczucie winny, przypominając sobie wszystkie możliwe grzeszki.
— Ja wiem, że mężczyźni nie myślą o takich sprawach, jak wspólna przyszłość. A przynajmniej nie robią tego zbyt szybko i na ten krok decydują się dopiero po latach. Może powiedziałeś coś lub zrobiłeś, nawet nieświadomie, co odczytała, jako twoją niechęć do przeniesienia relacji na inny poziom. Keiko zdaje się lubić dzieci. Całkiem nieźle radzi sobie z Kinari i z chęcią się z nią bawi. Na urodzinach z zafascynowaniem oglądała USG i z podekscytowaniem przerzucała kolejne strony w albumie. Wyda się, że chętna byłaby na posiadanie własnych dzieci.
Itachi wstrzymał oddech, bojąc się, tego, co zaraz usłyszy. Wizja nalegającej Mikoto na jego ślub i wnuki, autentycznie go przerażała. W końcu, jakby nie było, jest starszym synem, a na razie tylko młodszy postarał się o potomstwo. Czyżby matka dotarła do wieku, w którym marzy się o gromadce wnuków?
— Oczywiście nie mówię, że już i natychmiast, ale tak ogólnie przyszłościowo — dodała pośpiesznie. Odetchnął z pełną ulgą. — Więc chciałabym, abyś przemyślał to. Jeśli nie chcesz z nią wiązać żadnej przyszłości, może lepiej byłoby dać jej spokój? Kobiety bardzo łatwo przywiązują się do partnerów i chcą spędzić z nimi resztę życia. Jeśli miałaby być jakimś przelotnym…
— Powiedziałem to już — wtrącił się mało delikatnie, uniesionym głosem. — Nie masz, o co się martwić — kontynuował łagodniej. — Zapewniam cię. W końcu dobrze mnie wychowałaś, więc umiem należycie się zachowywać — dodał, posyłając najbardziej uroczy uśmiech, na jaki go było w tej chwili stać. W rzeczywistości był dość nikły i lekko koślawy, ale dla Mikoto znaczył bardzo wiele. Rozpromieniła się, przytulając, a raczej przyciskając syna do piersi.
— Kochany jesteś Itachi. Faktycznie nie potrzebnie się martwię — mówiła, głaszcząc zawzięcie po włosach. Skrzywił się nieznacznie, czując, jak ciągnie za pojedyncze kosmyki, ale nic nie powiedział. — A ojcem nie przejmuj się — wyjaśniła, oswobadzając, lekko przyduszonego mężczyznę. —  Podobne kazania słyszał od swojego ojca i teraz je powtarza dziejowo.  — Uśmiechnęła się, na samo wspomnienie, jakie to ona dostawała wykłady od przyszłego teścia. — W rzeczywistości nie słuchał go.

***

Słowa matki niepokoiły i nie dawały spokoju. Z pełną konsternacją przemierzył Konohę, nie rejestrując niczego pod drodze. Nie był pewny, ile szedł, która drogą i czy nie miał czegoś kupić po drodze. Dopiero głos Keiko spowodował ocknięcie się z tego dziwnego transu.
— Kupiłeś curry? — zapytała, wychylając się z kuchni na dźwięk przekręcanego klucza w zamku.
— Zapomniałem.
A przeczuwał, że coś miał zrobić po drodze.
— No to będziesz mieć trochę niedoprawiony obiad. Eh szkoda, że nie zadzwoniłeś, sama bym wyskoczyła do sklepu — mruknęła, krzywiąc się, niezadowolona, że przygotowane danie nie będzie takie, jakie miało być. — No nic to — dodała, machając lekceważąco ręką. — Kartony zaniosłam do twojego pokoju. Na górze, drzwi po… chyba lewej od łazienki. Zostawiłam otwarte, więc się domyślisz. A potem ładnie umyj łapki i chodź. Obiad gotowy — wyjaśniła, znikając w kuchni.
Bez słowa rozebrał się, odnosząc pudła na wyznaczone miejsce. Po lewej od łazienki na końcu korytarza znajdował się niewielki pokój. Szafa, łóżko, sporej wielkości półka i okno wychodzące na ulicę przed domem, nic nadzwyczajnego. Pomieszczenie wydawało się zupełnie nieużywane, żadnych osobistych rzeczy, nawet niechcianych klamotów. Tylko stos kartonów, niczym manifestacja przyszłości odznaczał się na tle opuszczonego pokoju. Dostawił dwa kolejne i umywszy ręce, szedł na dół. Keiko czekała z rozłożony obiadem na talerzach i przygotowanym do tego sokiem. Z uśmiechem krzyknęła „smacznego”, entuzjastycznie zabierając się za jedzenie. Itachi jakoś stracił ochotę. Najchętniej wyłożyłby się na łóżku w ciszy i spokoju, kontemplując własne myśli.
— Nie lubisz ryżu z warzywami? — zagadała, zerkając na jego talerz. Na swoim prawie już nic nie miała.
— Nie, jest dobrze. Bardzo smaczne.
— Kłamiesz — skwitowała pewnym siebie głosem. — Mów, o co chodzi? Oberwało ci się za mnie i ten incydent z koszulką? Przepraszam, ja…
— Keiko jak widzisz swoją przyszłość?  — zapytał znienacka, podnosząc do tej pory opuszczony wzrok wlepiony w rozdzióbane danie.
— E, że jak? — rzuciła zaskoczona.
— Powiedź, jak widzisz siebie za pięć lat.
— Jako trupa — rzuciła spokojnie, z oczywistością porównywalną do stwierdzenia, że niebo jest błękitne. Nie wzruszona ważnością pytania, powróciła do pałaszowania ryżu.
— Dlaczego tak uważasz? — drążył.
— Ja tak nie uważam, ja to wiem.
— Skąd?
— No to jest logiczne — rzuciła, unosząc nieznaczne ramiona i wymachując widelcem jak nauczycielskim wskaźnikiem. Niezbyt podłapując poważny ton mężczyzny.
— To może inaczej. Jak widzisz moją przyszłość?
— Hę? Durne pytanie — skwitowała, nadal nie dopatrując się powagi rozmowy. — Ty sam planujesz swoją przyszłość, więc co mi do tego. Ale mogę ci powiedzieć, że twoją widzę ze szczęśliwym zakończeniem.
— To jak widzisz nas za te pięć lat?
— Nas? — powtórzyła w konsternacji, zamyślając się na chwilę. Po czym pokręciła energicznie głową. — Nie będzie żadnego nas — oznajmiła rzeczowo, upijając łyk soku. — Daje sobie jakieś dwa lata jeszcze — kontynuowała, nie zmieniając tonu wypowiedzi. Wszystko było lekkie i swobodne, jakby rozmawiali o jakiś błahostkach. —  Nie wiem, czy przy dobrych wiatrach uda się dobić do trzech, wątpię. No to ja trup za te dwa lata, a ty? Hm… — zamyśliła się. — Na pewno będzie ci przykro i będziesz mieć jakiś miesiąc może ze dwa żałoby. Jednak chciałabym, abyś był szczęśliwy. No i jesteś czuły, troskliwy, namiętny oraz przystojny, toteż szybko znajdziesz inną. I w końcu po kilku latach, ku uciesze rodziców oświadczasz się jej. Ona będzie cudowna i doskonała pod każdym względem. Idealna żona, zajmująca się domem, troszcząca się o ciebie aż w końcu wychowująca gromadkę waszych pociech. Mikoto będzie w pełni szczęścia z małego stadka wnucząt, a Fugaku będzie, rozpiera duma, że jego ukochany syn spłodził następcę i reprezentuje godnie klan z odpowiednią kobietą u boku. I żyli długo i szczęśliwie, koniec. Szkoda, że nie twojego obiadu, nie smakuje ci? — dodała zmartwiona, patrząc na ledwo tknięty ryż.
— Dlaczego właśnie tak?
— No nie miałam za wiele czasu, więc wybrałam proste danie.
— Nie o to pytam — żachnął się, lekko podirytowany zachowaniem dziewczyny. Nie dość, że nie brała na poważnie jego słów, martwiąc się bardziej obiadem, to jeszcze opowiadała swobodnie o swojej śmierci i wizji jego przyszłości z inną.
— A, chodzi o te twoje pytanie. Dlaczego tak, bo tak będzie. Zawsze tak jest — wyjaśniła, wzruszając ramionami i cichym brzdękiem rzucając widelec na talerz.
Ściągnął brwi, obserwując, jak wkłada brudne naczynia do zlewu.
— Powiedź mi, traktujesz nasz związek poważnie? — zapytała, wpatrując się w plecy dziewczyny ozdobione herbem jego klanu. — To jest dla ciebie coś trwałego czy przelotnego?
— No wiesz — oburzyła się, odwracając do niego przodem, krzyżując ręce na piersiach. —Jak tak będziesz myślał to zarobisz focha i będziesz spał na kanapie — zagroziła. — Dla kogoś przelotnego nie staję się przeciw własnemu przełożonemu. Zresztą — urwała, odpychając się do zlewu. Kilka kroków i stanęła centralnie przed nim. Pochyliła się do tego stopnia, że prawie ocierali się nosami. Poparzyła głęboko w oczy, uśmiechając się czarująco. — Jesteś miłością mojego życia Itachi — wyszeptała pewna swego, delikatnie i czułe całując. Podniósł się, przysuwając ją bliżej siebie, zamykając w ciasnym uścisku, z pasją oddając pieszczotę. Odsunął się nieznacznie, dopiero po dłuższej chwili, patrząc z miłością w błyszczące szczęściem granatowe tęczówki.
Żałuję, że nie umiem ci czegoś takiego powiedzieć, pomyślał, delikatnie głaszcząc po policzku. Keiko z łatwością mówiła o swoich uczuciach i nie krępowały ją żadne miłosne wyznania. Ze swobodą potrafiła rzucić „kocham się” na dobranoc. On tego nie potrafił. Czuł się głupio, nie umiejąc jej odpowiedzieć, wyszeptać najczulszych słówek.
— Mówię, szczerze i naprawdę — zapewniała, uśmiechając się czarująco.
— To, dlaczego opowiadasz o jakieś innej?
Westchnęła, odsuwając się, odwracając do niego tyłem.
— Wiesz Ita, to też nie jest łatwe. Kochać cię i wiedzieć, że nie będzie szczęśliwego zakończenia. Mieć w głowie wizję ciebie w szykownym garniturze, jak z nieprzemożoną miłością patrzysz na inną, mówiąc twarde i zdecydowane „tak” na ślubnym kobiercu. To boli i to dość mocno — mruknęła, delikatnie się obejmując.
— O czym ty opowiadasz? Niczego takiego nie będzie.
Zrobiła krok do przodu, czując jego dłoń na ramieniu. Zacisnęła mocno powieki, spinając całe ciało.
— Ale tak będzie! — krzyknęła. — Ja nie umiem dać ci szczęścia! — wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, wybiegając z kuchni, kiedy zbliżył się, chcąc przytulić. Tupot po schodach i głośny trzask drzwi. Westchnął, spoglądając w sufit. Nie miał zamiaru odpuścić, więc udał się za nią. Zastając Keiko zwiniętą w kłębek na swoim łóżku.
— Skarbie — szepnął, przysiadając na skraju, delikatnie dotykając jej ramienia. Zacisnęła palce na narzucie, znów spinając mięśnie.
— Takie są realia, przykro mi — wymamrotała, chowając twarz w poduszkę, nie chcąc by, patrzył na nią. — Z tego powodu Kindersi nie wchodzą w związki. Nie możemy dać tej ukochanej osobie tego, czego oczekuje. Nie damy ciepłego domu, szczęśliwej rodziny, stabilności czy poczucia bezpieczeństwa. Jesteśmy maszynami do zabijania i taki jest nasz cel. Żyjemy tylko dla organizacji. Przepraszam, przepraszam, że cię uwiodłam.
Dygotała, uparcie chowając twarz. Przepraszała za poznanie, kiedy dla niego było to jedna z najszczęśliwszych rzeczy, jaka go spotkała. Westchnął, kładąc się obok i przytulając. Nie, nie tak zwyczajnie, wtulił się w jej plecy, opiekuńczym gestem zamykając w ramionach. Uspokoiła się, czując ciepło drugiej osoby. Powoli odwróciła się przodem, przyciskając policzek do jego klatki piersiowej.
— Więcej nie opowiadaj takich głupot — poprosił, delikatnie głaszcząc po włosach. — Ty jesteś całym moim szczęściem — wyszeptał, muskając wargami czubek głowy, mocniej przytulając.
— Jesteś kochany. Przez co naprawdę chciałabym, żeby było inaczej. Niestety Kindersi nie żyją zbyt długo, taka specyfika zawodu. Nie istnieje coś takiego jak zwolnienie, odejście. Opuścić organizacje można tylko w trumnie. Ja…
— Nic więcej skarbie nie mów — przerwał jej, starając się jeszcze mocniej przytulić. — Nie rozmyślaj tak o tym. Czyż nie na szczęściu z dnia dzisiejszego powinna się skupiać?
Uśmiechnęła się. Dobrze mieć obok siebie, kogoś, kto sprowadzi na prawidłowy tor, kiedy się troszeczkę pogubisz. W końcu tak zawsze robiła, ignorowała wizje przyszłości, bawiąc się teraźniejszością. Co ma być, to będzie.
— Zdałeś kochanie, podstawowy test Kindersów. Mamy się cieszyć tym, co jest, bez względu na to, co ma być. Czyli będę cię męczyć swoją osobą tak długo, jak to tylko możliwe, więc się przygotuj — zagroziła.
— Nie mogę się doczekać.
Jego delikatny uśmiech, który tak lubiła, zamiast przynieść wparcie, wywołał przygnębienie.
— Co się stało? — dopytywał, widząc nagłą zmianę nastroju.
— Nie, nic takiego — zapewniała, nie chcąc go martwić swoimi przypuszczeniami.
— Na pewno?
— Jasne nie masz, czym się martwić — przekonywała, wymuszając uśmiech.
— A właśnie byłaś dzisiaj na tej kontroli? — Bingo, trafił w dziesiątkę.
— Tak, dlatego trochę się do ciebie spóźniałam.
— I co powiedziano?
— Nic. Dokładnie nic — dodała, kiedy Itachi popatrzył na nią pytająco. — Nerin każe zjawić mi się na pełne badania. Mam nadzieję, że to oznacza, że kolor poszedł do góry — oznajmiła podekscytowana możliwością wyjścia ze strefy czerwieni.
— Kolor? — powtórzył, niepewnie marszcząc brwi. Był pewny, że dobrze usłyszał, ale to nie pomogło w zrozumieniu, o co chodzi.
— No kolor. Aaa, bo ty nie wiesz — rzuciła, przypominając sobie, że przecież Itachi nie jest jednym z nich i może nie znać takich oczywistości. Chwilę dumała, czy jest w stanie mu to wyjaśnić bez uruchomienia pieczęci blokującej wyjawiania tajemnic organizacji, po czym zaczęła mówić.

***

— Kochanie mógłbyś mi pomóc? — zawołała męża z salonu, szamocząc się z torbami. Długo nie musiała czekać, aby Fugaku zjawił się na przedpokoju, bacznie przyglądając się poczynaniom kobiety.
— Wychodzisz gdzieś? — zapytał, oglądając siatkę pełną słoików z domowymi obiadkami.
— Idę na spacer z Kinari — wyjaśniła, otulając małą kocykiem. — Potrzymaj. — Wcisnęła mu w ręce torbę z akcesoriami dla niemowlaków. Następnie schyliła się, upychając słoiki na dolnej półce wózka. — Przy okazji odwiedzę też Haniko — dodała, odbierając przedmiot i przewieszając przez ramę.
— Tyle razy ci mówiłem, że masz przestać to robić — oznajmił twardym tonem, unosząc nieznacznie głos.
— Nie porzucę jej w takim momencie. Jest w pewnym stopniu częścią rodziny.
— Nie jest! — krzyknął. — Jest hańbą dla klanu. Splamiona przez byłego syna, zaplątana w zdradę. Nie akceptuję jej ani jej dziecka. Oni nie mają nic wspólnego z nami.
Napięta atmosfera udzieliła się i Kinari, która nie umiejąc poradzić sobie z nią w inny sposób, po prostu rozpłakała się głośno. Mikoto zacisnęła usta, wyzywająco patrząc na męża. Ignorując zawodzenie córeczki, ubrała się pośpiesznie. Po czym schyliła, wyciągając torbę ze słoikami z wózka. Pochwyciwszy jeszcze swoją torebkę, nacisnęła klamkę, otwierając na oścież drzwi wyjściowe.
— Oczekuję, że zaopiekujesz się należycie córką — oznajmiła, trzaskając nimi, pozostawiając Fugaku z donośnie płaczącą Kinari w wózku. Mężczyzna był na tyle zaskoczony, że chwilę stał w bezruchu, patrząc na dawno zamknięte drzwi, nim zabrał się za uspakajanie dziecka.

Mikoto zrobiła to specjalnie. Taka mała zemsta.

5 komentarzy:

  1. To będzie zapewne mój pierwszy i ostatni komentarz na Waszym blogu. Trafiłam tutaj tydzień temu, spodobało mi się jak piszecie i przez te siedem dni zapoznawałam się z Waszą twórczością. Jestem więc ze wszystkim na świeżo i bardzo chętnie podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami.
    Zacznę może od tego, że fanfik bardzo mi się podoba. Napisałam to już wyżej, ale ze względu na to, co zamierzam Wam napisać za chwilkę, uznałam, że muszę to bardzo dokładnie podkreślić. PODOBA MI SIĘ. WCIĄGNĘŁAM SIĘ.
    Prawda jest jednak taka, że Wasz fanfik ma wiele niedociągnięć. Pierwszych rozdziałów nie zamierzam się czepiać – uważam, że od tego czasu bardzo się rozwinęłyście i pisanie wychodzi Wam coraz lepiej i płynniej. Przyznam jednak, że ciężko mi było przebrnąć przez kilkanaście pierwszych ze względu na dziwaczne sformułowania i wysyp „brunetów” i „blondynek”. Nie charakteryzuje się postaci za pomocą koloru włosów! Jednak to już wiecie.
    Inna niezmiernie irytująca kwestia, to błędy! Literówki, szalejące przecinki i czasem jakieś ortograficzne – te głównie u Akari. Chociażby w tym rozdziale – „ukucie” – jest ukłucie. Ukłuł się czymś, poczuł ukłucie. Ukucie, to coś zupełnie innego. Erroay jest na tym polu trochę lepsza. Błędów ortograficznych u niej może nie zauważyłam, ale często przytrafiają się literówki. Z przecinkami było źle, ale jest już o wiele lepiej. U Akari niestety wciąż mocno szaleją i pojawiają się w najmniej odpowiednich miejscach. Niemniej uważam, że Wam obu przydałaby się solidna beta. Powinniście zainwestować w porządną, bo obecnie takie niedoróby bardzo psują odbiór wrażliwszym czytelnikom, takim jak ja. Żeby Was jednak nie zniechęcać – postęp jest. Robicie mniej błędów niż na początku, jednak te wciąż potrafią wytrącić całkowicie z równowagi.
    To tyle jeśli chodzi o kwestie techniczne, teraz chciałabym się zająć kwestią fabuły. Jak na świat shinobi, to mało u Was shinobi. W części pierwszej pojawiały się jeszcze jakieś misje, ale obecnie Wasz blog zszedł na takie tory, że można by ochrzcić mianem powieści obyczajowej. Miłości, dramaty, dylematy, okej, ja to rozumiem, czyta się to przyjemnie, ale uważajcie, bo możecie łatwo się w tym zgubić i stracić to, co budowałyście do tej pory. Jeśli zbyt mocno skupicie się na życiu prywatnym bohaterów, zapominając całkowicie o tym, kim i dlaczego są, może być ciężko potem do tego wrócić. To tak w ramach wskazówki i ostrzeżenia zarazem.
    Przejdę może do tego, co najbardziej razi mnie w Waszym fanfiku, a potem przejdę do kwestii bohaterów. Bynajmniej nie jest to Wasz styl, który jest różny. Ponieważ pomimo tego, że Wasze teksty się różnią i nie patrząc na autora już jestem w stanie wskazać, która z Was go napisała, taka odmiana jest dobra. Czyta się to całkiem przyjemnie, a musicie wiedzieć, że wiem, co mówię, bo w ciągu siedmiu dni przerobiłam ponad sześćdziesiąt rozdziałów Waszego fanfiku! Te różnice stylu dodają historii uroku – to tak na podsumowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. To, co naprawdę mnie razi, to brak współpracy. Zastanawiałam się nawet, czy nie zrobić Wam przysługi i nie zestawić tego, o czym Wam zaraz powiem, żebyście miały to w liczbach, ale uznałam, że nie mam to na siły. Otóż – każda z Was ma dwójkę bohaterów i każda z Was skupia się w swoich tekstach głównie na nich, ale… no właśnie, piszecie jedno WSPÓLNE opowiadanie i wypadałoby, by fabuła ciągnęła się płynnie. Ze strony Erroay zauważyłam dużą chęć współpracy, bo w jej rozdziałach – pomimo tego, że skupia się głównie na Haniko i Sasuke – często pojawia się Itachi oraz Keiko. Kiedy po tekście Akari przechodzę do rozdziału Erroay zauważam spójność, temat się zmienia, ale bohaterowie, o których czytałam chwilę temu nie znikają nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki. U Akari tego nie ma. Bohaterka Erroay oraz młodszy brat Itachiego pojawiają się bardzo rzadko i to zazwyczaj wtedy, kiedy inaczej być nie mogło np. wspólnej misji, czy urodzinach. Jednak poza takimi sytuacjami, Akari zdaje się zupełnie odcinać od bohaterów Erroay i mam wrażenie, że na WSPÓLNYM (podkreślę to raz jeszcze) blogu udaje, że pisze oddzielną historię. Chodzi mi o to, że o przyjaźni Itachiego i Haniko dowiadujemy się od Erroay, bo to właściwie u niej w rozdziałach ta dwójka ma okazję się spotkać. Akari podchwyciła trochę temat relacji Sasuke i Keiko, ale te scenki też były sporadyczne i stanowiły rolę zapychacza rozdziału, a nie np. jego główny wątek. Źle mi się to czyta, bo mam wrażenie, że tylko jedna z Was dąży do tego, by ten blog stanowił jedną spójną całość, podczas gdy druga na każdym kroku próbuje się odciąć i stara się pisać coś odrębnego i udawać, że całej reszty nie ma, co jest dużym błędem.
    Bohaterowie, to chyba najtrudniejsza kwestia. Otóż każda z Was rozumie ich na swój własny sposób i często widać odskocznię w interpretacji. Głównie tyczy się to Keiko i Sasuke.
    Keiko jest bohaterką Akari, która bardzo płynnie nią steruje, ale kiedy do pisania o niej zabiera się Erroay… zdarza się klops. Nie zawsze, bo Erroay też zdarzyło się napisać kilka bardzo udanych scen i dialogów tej postaci, ale mam wrażenie, że średnio radzi sobie z tą bohaterką. Czasem jej dialogi są… dziwne. Gdzieś gubi się ta prawdziwa Keiko, bo Erroay nie potrafi oddać jej charakteru. Może powinniście więcej dyskutować o reakcji bohaterów na niektóre kwestie?
    Sasuke z kolei bardziej udany jest w wykonaniu Erroay. Niemniej nie dlatego, że jest on jej bohaterem, a ze względu na to, że pisany przez nią, posiada swoistą głębie. Nie jest bohaterem płaskim, jednowymiarowym. Ma wady i zalety, można go opisać kilkoma zdaniami, ale jak to z ludźmi bywa – nikogo nie można opisać tak w zupełności. Sasuke może być agresywny i władczy, ale zdarzają mu się chwile, kiedy jest całkowitym przeciwieństwem tego, kim właściwie powinien być i to są te momenty, które najbardziej lubię. Ludzie nie są płascy! Odważni mogą być tchórzliwi, zabawni mogą być smutni. W kreacji Sasuke podczas pisania Akari przeszkadza mi to, że zaczyna on się zachowywać zgodnie ze swoim życiorysem. Brakuje mu spontaniczności, tak jakby Akari opisywała wszystko zgodnie z planem, nie pozwalając tej postaci się rozwinąć. Zawsze jest wściekły i zawsze burkliwy, nawet jeśli w akurat tej sytuacji powinien zachowywać się inaczej. Jest zdecydowanie za bardzo jednotorowy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Itachi jest myślicielem, który męczy mnie chyba najbardziej. Nigdy nie powiedziałabym, że jest bohaterem Akari, bo Erroay pisze o nim równie często i tutaj powstaje pewien zgrzyt. Erroay w niezbyt udany sposób próbuje mu nadać cech, które opisują jego postać w mandze, Akari napycha go emocjami, których nie powinien czuć. Jest trochę obowiązkowy i stanowczy, a trochę… rozlazły. Przejmuje się za bardzo, jąka przy Keiko, co autentycznie mnie rozwala i sprawia, że mam ochotę popełnić harakiri, a potem traci cierpliwość przy byle głupocie, którą zrobi Sasuke. Nie kupuję go, ta postać jest dziwna i niedopracowana. Wybaczam Wam to jednak, bo uważam, że ze wszystkich bohaterów mangi „Naruto” Itachi jest najbardziej skomplikowaną postacią i najtrudniejszą do odtworzenia. W Internecie pełno jest nieudanych Itachich, a rzadko który wypada tak, jak powinien.
    Na sam koniec wisienka na torcie – Haniko. Kocham ją po prostu całym sercem! Może zanim zacznę uzasadniać, dlaczego, wspomnę jeszcze o dwóch szablonach tworzenia bohaterek w literaturze Naruto OC. Wesoła, lekkoduszna trochę-idiotka, której mottem jest umrę-ale-co-z-tego oraz poważna, sarkastyczna kobieta nic-mnie-nie-rusza i żaden-przystojniak-nie-jest-mnie-wart. Jak łatwo zauważyć Wasza Keiko idealnie wpasowuje się w pierwszy schemat, jest więc bohaterką mało oryginalną, chociaż ratunkiem dla niej jest pewien zestaw cech, który nieco wyróżnia ją na tle innych postaci tego typu. Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z Haniko, pomyślałam, że o, ta dla odmiany należy do tego drugiego typu. Myliłam się. Haniko ma ostry język w kontaktach z Sasuke, ale ponadto jest przesympatyczną, zwyczajną dziewczyną! Może dlatego ginie w tym opowiadaniu, bo nie jest przejaskrawioną postacią, jakie zazwyczaj umieszcza się w fanfikach, żeby czytelnik zwracał na nie uwagę. Jest niesamowicie realistyczna! Taką Haniko mogłabym spotkać na ulicy. To inteligentna, trochę zagubiona dziewczyna, która stara się – choć nie do końca jej to wychodzi – wrócić do zwykłego życia. Była zapewne kiedyś roześmianą nastolatką, ale przedwcześnie wydoroślała i próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Przy tym swoim chłodnym i logicznym podejściu, gubi się, kiedy zaczyna kręcić się wokół niej Sasuke. I to jest to, o czym wspomniałam na początku – nie jest to bohaterka jednowymiarowa, która zachowywałaby się tylko tak, jak można by to opisać w kilkuzdaniowym opisie. Jej kreacja jest znakomita i ubolewam, że jak na jedną z czterech głównych postaci, pojawia się najrzadziej i często stanowi po prostu tło. No i jeszcze jedno – ze wszystkich czterech bohaterów – z wyjątkiem Sasuke, który praktycznie składa się z samych złych cech – to właśnie ona ma najwięcej wad. Jest najbardziej ludzka, a Erroay pisząc o niej nie stara się jej usprawiedliwiać, co z kolei widać u Akari, kiedy ta pisze o Keiko. Autor nie jest adwokatem swojego bohatera – zapamiętajcie to, bo to mądre słowa.
    Na koniec chciałabym się jeszcze odnieść do tego, że to zapewne mój ostatni komentarz na Waszym blogu. Musicie wiedzieć, że zamierzam czytać Was dalej, ale musicie również zrozumieć, że nie potrafię trzaskać kilku zdań co rozdział i opisywać jakieś swoje głupie przemyślenia, czy pisać Wam streszczenie tego, co same napisałyście, a niestety tak wygląda większość komentarzy. Po jednym rozdziale po prostu NIC NIE MOŻNA POWIEDZIEĆ o akcji. To tak, jakby każdy rozdział książki wydawać oddzielnie, żeby recenzenci mogli skupić się na nich oddzielnie, a nie łącząc w całość. Być może za jakiś czas ponownie odniosę się do większej partii materiału, ale na chwilę obecną nie przewiduję dalszego komentowania.
    Wam natomiast życzę wielu sukcesów, bo Wasz fanfik jest niezmiernie ciekawy i realistyczny! Piszcie dalej, pilnujcie się nawzajem i twórzcie całość!
    Pozdrawiam serdecznie,
    Marika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszymy się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i spodobało się na tyle, że od razu zapoznałaś się z całością, w przeciągu dość krótkiego czasu, jakim jest tydzień. I miło nam, że zechciałaś podzielić się swoimi spostrzeżeniami w taki szczegółowy sposób. No właśnie, co do Twoich zastrzeżeń, to:
      Co do błędów to zdajemy sobie z tego sprawę, a na pewno ja wiem, że kuleję na tym polu i to dość mocno. Cieszę się, że widać poprawę, gdyż cały czas bardzo się staram wyeliminować wszelakie błędy. Erroay na pewno również stara się ze wszystkich sił.
      Kwestia „mało shinobi w shinobi”, zdajemy sobie z tego sprawę, że troszkę zagalopowałyśmy się nie w tę stronę, co trzeba. Niestety jesteśmy zmuszone przyznać się do błędu i potaknąć Twojemu ostrzeżeniu. Ciężko aktualnie zawrócić, fabuła poszła już tak do przodu i to w sprawie rozdziałów zapasowych oraz planów na następne. Staramy się poprawić ten mankament, aczkolwiek z przykrością stwierdzam, że nagle rewelacji nie należy się spodziewać na tym polu.
      Co do zarzutu o brak ciągłości i spójności fabuły. Sprawa wygląd tak, że jest nas dwie, każda ma inny styl, inne pomysły, inaczej chce pociągnąć fabułę no i nie oszukujmy się, troszkę inaczej postrzegamy wspólnych bohaterów. W takim wypadku nie sposób, aby wszystko było perfekcyjne. Nie jesteśmy w stanie wejść sobie nawzajem do umysłów i nigdy nie napiszemy tak samo nawet tej samej sceny. Nie jesteśmy klonami, aby móc w stu procentach odtworzyć kreacje swoich bohaterów. Stąd mogą być drobne różnice, ale staramy się wiernie oddawać ich charaktery, poruszając się w granicy błędu. Z pewnością zdarzyły się momenty, że niestety któraś z nas przekroczyła ten drobny dozwolony margines, przez co nieścisłość była uwypuklona. Przykro nam z tego powodu, aczkolwiek nadal chciałabym, aby Ty i inni czytelnicy zrozumieli, że jest to blog prowadzony przez dwie różne osoby. Rozdziały są tworzone na zasadzie naprzemiennej, gdzie jedna z nas pisze cały jeden rozdział. Opowiadanie posiada liczne wątki i jest ciągle tworzone. Z racji tego mamy pewne ograniczenia. Nie jesteśmy w stanie poruszać się tak swobodnie, jak to ma miejsce przy tworzeniu własnego odrębnego opowiadania. Każda z nas uważa coś innego za istotne, ma innych bohaterów, którzy potrzebują takich, a nie innych bodźców zewnętrznych. Do tego znacząco ograniczają nas limity. Mamy ustawiony górny maksymalny pułap ilości słów na rozdział oraz wyznaczoną granicę ilości rozdziałów. Nie możemy tego znieść, gdyż wówczas opowiadanie stałoby się nieprzyjemne do czytania. Bez limitów pisałybyśmy rozdziały na dwadzieścia tysięcy słów i kilkadziesiąt stron, przedłużając zbyteczne wątki, dodając nowe niewnoszące absolutnie niczego. Nie możemy do tego dopuścić, więc trzymamy się wyznaczonych granic. Ponadto w pewny sposób ogranicza nas też, to, że piszemy naprzemiennie. Musimy starać się zamknąć wątki w swoim rozdziale albo przedstawić je tak, żeby nie przeszkadzało im rozciągnięcie na kilka rozdziałów. Nie każdy fragment możemy oddać sobie nawzajem do pociągnięcia, bo to wynika z tego, co pisałam wyżej, że nie jesteśmy w stanie oddać idealnie charakterów postaci. Spowodowałoby to skopanie wątku, który by zatracił zainteresowanie i naturalność. Niestety nie zawsze jesteśmy w stanie to zrobić, stąd też czasami może się wydawać, że fabuła skacze i brakuje jej ciągłości. Staramy się niwelować takie sytuacje, ale wiadomo, nie zawsze wszystko się udaje.

      Usuń
    2. W kwestii tego, że za mało pojawia się u mnie postaci Erroay. To nie jest tak, że ich nie chcę, odtrącam je i chcę pisać tylko o swoich. Będę się starała to zmienić i w ramach możliwości częściej o nich pisać. Jednakże nie zawsze można, bo wszystko sprowadza się do limitów słów na rozdział. Rozdziały planujemy na zasadzie głównych wątków, drugoplanowych i reszta. Przeważnie mamy jakieś dwie istotne dla fabuły sceny, które bezwarunkowo muszą się pojawić. Jakaś jedna może dwie scenki drugoplanowe, które są ważne i powinny być, wypadałoby o tym napisać, potrzeba o tym zawiadomić czytelnika. No i jest jeszcze reszta, czyli sceny/akapity, które mogą być, fajnie by było jakby były, są w pewnym stopniu ważne, ale jak ich nie będzie to trudno, poradzimy sobie i bez nich. A w praktyce wygląda to tak, że po napisaniu głównych fragmentów mamy już niewiele miejsca. Drugoplanowe scenki są, często kompresowane, aby nie były zbyt rozbudowane, a reszta nie istnieje. Stąd też najzwyczajniej w świecie potrafię nie mieć miejsca na pisanie o bohaterach Erroay, bo akurat w tych rozdziałach są rozbudowane sceny główne. Przykro mi, że moje rozdziały czyta się mniej płynnie i ma się wrażenie odrębności ich. Będę w ramach możliwości starała się to poprawić, ale proszę także o wyrozumiałość.
      O odskoczni między bohaterami pisałam już wcześniej, więc nie będę się powtarzać.
      Cieszę się, że postać Haniko przypadła Ci go gustu. Erroay jest zapewne miło, że udała jej się kreacja bohaterki i tak bardzo Ci się ona spodobała.
      Na koniec, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znów nas skomentujesz, po jakieś większej partii materiału. Może za jakieś kilkanaście rozdziałów? Z pewnością będziemy wyczekiwać twojej opinii. Przy okazji dziękujemy za Twój komentarz, postaramy się dostosować do uwag i naprawić błędy.
      Pozdrawiam, Akari.

      Usuń