14 maja 2016

38. Podsumowaniem całej nocy było piętnaście

Witam!
W ramach ogłoszeń, chciałabym poinformować, że pojawiła się zakładka "o nas", do której serdecznie zapraszamy. Oprócz standardowego tekstu, można też zadawać nam pytania, na które z chęcią odpowiemy.
A teraz zapraszam do lektury i pozdrawiam.
Akari
_______________________________________________________________

         Z charakterystycznym gestem, przygryzania paznokcia na kciuku odczytywała dostarczone dokumenty. Orzechowe oczy uważnie śledziły tekst, wers po wersie. Zmarszczone czoło wskazywało na dokonywaną analizę. Lekturę zakończyła cichym przekleństwem, odkładając papier. Pochyliła się bardziej nad biurkiem opierając o niego łokcie, aby na splecionych dłoniach ułożyć brodę. Wpatrywała się intensywnie w leżące obok siebie dwa raporty. Ten po lewej dostarczony przez Korzeń, był podpisany drobnym, nieczytelnym, zbitym pismem. Natomiast na dokumencie po prawej widniało zamaszyste, duże, pełne zawijasów nazwisko dowódcy Kindersów. Tsunade od dłuższego czasu analizowała oba sprawozdania. Cały problem polegał na tym, że rzeczywistość opisana w dokumentach różniła się między sobą, dość diametralnie. Danzo zarzucał Kindersom wtrącanie się w jego kompetencję. Oskarżał o atakowanie Korzenia, gdy ci wykonywali powierzone im zadanie nokautowania Uchihów. Obarczał ich winą za śmierć członków klanu, których rzekomo z premedytacją zabijali. Przy okazji zarzekając się, że nikt z jego ludzi nie zabił żadnego Uchihę ani Kindersa. Natomiast Josuke dokonywał dokładnie odwrotnych oskarżeń. Przedstawiał dowody na zdradę Korzenia, niewywiązywanie się z powierzonego zadania i utrudnianie pracy jego podwładnym.
Tsunade gwałtownie wygięła się do tyłu, opadając plecami o oparcie fotela. Westchnęła głośno. Wprawiając w ruch niewielkie kółeczka w krześle odwróciła się twarzą do okna. Spoglądała w błękit nieba i przelatujące po nim gołębie. Nie wiedziała jak zareagować na powstałą sytuację. Nie było jak zanegować ani potwierdzić przedstawianych dowodów. Równie dobrze oboje mogli mieć rację, albo żaden z nich. Przeczucie jej kazało skłonić się ku wersji dowódcy Kindersów, lecz będąc Hokage nie może osądzać na podstawie intuicji. Znała Danzo nie do dziś, trzeba go mieć stale na oku.
— Wejść — krzyknęła usłyszawszy pukanie.
— Przepraszam wielmożną, oto lista Uchihów — oznajmiła Shizune wchodząc w głąb gabinetu. Blondynka odwróciła się w jej stronę, odbierając plik kartek. Przeskakiwała wzrokiem po imionach członków klanu Uchiha, skupiając się bardziej na dopiskach znajdujących się po myślnikach i kolorach. Na czarno pojmani i przebywający w więzieniu. Na niebiesko ci, którzy nie chcieli wziąć udziału w zamachu i poddawali się od razu. Na czerwono zabici.
— Jak wyglądają statystyki? — zapytała odkładając spis.
— Skapitulowało dziesięciu Uchihów. Byli przerażeni i skłonni do współpracy, więc zostali wpuszczeni do domów. Reszta przebywa w lochach pod wioską, pilnowana przez odpowiednie oddziały. Na prośbę Shisui został zamknięty razem z nimi. Były wobec niego podejrzenia, więc chcąc się ich pozbyć, sam wystąpił z propozycją potraktowania go jak jednego z nich.
— Tak, tak, pamiętam — mruknęła przypominając sobie rozmowę z nim. — Co ważniejsze, ilu mamy zabitych?
— Sporo jest rannych, pięciu znajduje się pod intensywną opieką medyków, lecz ośmiu jest na czerwono. Pięciu z nich ciała odnaleźliśmy, trzech pozostałych szukamy.
— Rozumiem.
Blondynka podniosła się podchodząc do okna. Uchyliła je wyglądając na skąpane w słońcu uliczki Konohy, po których spacerowali cywile, biegały dzieci, przechadzali się shinobi. Niby wszystko żyło w sielance. Jednak, po wiosce krążyły plotki. Ludzie szeptali, przekazując sobie coraz to bardziej ubarwione opowieści. Stosowana metoda pozbawiania przytomności była skuteczna, lecz jeśli spotykały się osoby, które twierdziły, że widziały walki shinobi, po czym budzili się nagle na środku ulicy. Cóż, trudno doszukiwać się przyczyn naturalnych czy zbiegu okoliczności. Zwłaszcza, jeśli podobna historię słyszy się od piątej osoby. Niestety taka akcja, jak udaremnienie zamachu przeprowadzana w centrum, nie mogła obejść się bez świadków. A co najbardziej martwiło Hokage, dochodziło do zabijania cywilów. Podsumowaniem całej nocy było piętnaście ciał.
— Piętnaście — mruknęła gorzko, odwracając się w stronę swojej asystentki. — Co z tymi plotkami? — zapytała podnosząc z biurka filiżankę z dawno już wystygnięta herbatą.
— Na razie, aby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeć rozpowiedzieliśmy, że cała policja udała się niezwłocznie na ważną misję do lorda feudalnego.
— Rozumiem.
W pomieszczeniu zapadła cisza, zakłócana odgłosami z zewnątrz i nagłym pukaniem.
— Wejść — nakazała zasiadając w fotelu, skąd jej wzrok padł na dwójkę mężczyzn, którzy spokojnym krokiem weszli do środka. Tsunade przyjrzała się im obu. Z twarzy Danzo jak zwykle nic nie potrafiła odczytać. Stał spokojnie, niezruszony, podpierając się o drewnianą laskę. Zamknięta powieka i posągowe oblicze, towarzyszyło mu niemal od zawsze. Natomiast na twarzy Josuke prezentowała się powaga oraz skupienie. Luźna, lekko niedbała postawa, nie odwróciła uwagi od pełnych zmartwień tęczówek. Blondynka zdawała sobie sprawę z tego, że mimo powstrzymania Uchihów fioletowowłosy nie ma powodów do zaszufladkowania tej misji, jako sukces. Danzo był inny, zawsze znajdował powody do zadowolenia, nawet, jeśli nie wszystko poszło po myśli.
— Wzywałaś wielmożna — oznajmił zabandażowany, przerywając milczenie.
— Owszem — odparła zerkając na ich raporty, nadal rozłożone na biurku. — Ostatnia misja nie zakończyła się całkowitym sukcesem — oznajmiła mierząc ich przenikliwym spojrzeniem, od którego większość shinobi dostawała dreszczy. — Wasze sprawozdania… — urwała, wahając się, — dość się różnią. Z takich a nie innych okoliczności, nie jestem w stanie dowieść, który z was ma rację. W takim wypadku, zostaniecie oboje przykładnie ukarani. — Umilkła na chwilę przypatrując się im, a w szczególności Danzo. Wiedziała nie od dzisiaj, że jemu ufać nie można. Była świadoma prowadzonej własnej polityki, skupiającej się na korzyściach. Starała się przy trzymać jego organizację w ryzach. A po ostatnich wydarzenia przeprowadzić ciche śledztwo w jego sprawie. Uważała, że Danzo coś knuje.
— Misje dla Korzenia zostają zawieszone do odwołania. Dodatkowo twoi ludzie wezmą udział w serii treningów prowadzonych pod moją jurysdykcją. To mi da możliwość upewnienia się, że działają zgodnie z prawem i rozkazem.
Danzo potaknął, nie wypowiadając ani słowa. Kara dla niego nie stanowiła przeszkody. W końcu odniósł połowiczy sukces. Nie udało się wyeliminować znacznej ilości Uchihów, ani Kindersów, a do tego poniosło się jednoosobową stratę. Jednak ośmiu posiadaczy sharingana nie żyje, z czego trzy ciała należą do niego. Policja zniknęła z ulic na pewien czas. Hokage nie ma dowodów przeciw Korzeniowi. Dodatkowo znienawidzona organizacja została pociągnięta do współodpowiedzialności i zostanie ukarana a jej reputacja podważona.
— Natomiast Kindersi — oznajmiła przenosząc wzrok na Josuke, — mają wziąć odpowiedzialność za krążące wśród cywilów plotki. W przeciągu kilku dni w gazetach ma się ukazać wasze wyjaśnienie. Musi być wiarygodne, na tyle, aby szybko ukrócić krążące historie.
— Tak jest — odparł skinąwszy głową.
— To wszystko. Możecie się rozejść.
Mężczyźni nieznacznie się pokłonili opuszczając gabinet. Danzo swoim zwyczajem powoli poruszał się postukując laską, zaś fioletowowłosy pośpiesznie udał się do siedziby Kindersów.

— To była ciężka decyzja. — Westchnęła opadając całym ciężarem na oparcie fotela, które odgięło się skrzypiąc głośno.
— To może ja zaparzę pani świeżej herbaty? — zaproponowała zabierając wypity do połowy zimny napój.
— Co z tym przysłanym z Suna? — zapytała zatrzymując Shizune, kładąca już dłoń na klamce.
— Chodzi o tego przedstawiciela klanu Endo? — Tsunade pokiwała głową. — Przesłuchał jeszcze paru innych Uchihów i oznajmił, że wszystko już wie i wraca do siebie.
— Kazekage wystarczą takie dane? Wprawdzie Fugaku podczas przesłuchanie niewiele mógł powiedzieć na temat tej organizacji z Suna, z którą spiskował.
— Najprawdopodobniej będą musiały. Sam Endo potwierdził, że Fugaku mówi prawdę i więcej po prostu nie wie.
— Rozumiem. Wyślij do Gaary podziękowania za przysłanie jego. Okazał się pomocny podczas rozmów z Uchihą. Dzięki czemu wszystko przebiegło sprawniej.
— Oczywiście, zaraz się tym zajmę.

***

Josuke jak burza wpadł do siedziby. Przestraszony portier aż podskoczył w krześle, niezgrabnie zrywając się do pionu.
— Witam pana — oznajmił prostując się na baczność.
— Wysłać Danara do mnie — odparł chłodno. Nie zatrzymując się, ze sporym rozmachem otworzył drzwi wchodząc na długie korytarze. Sprężystym pośpiesznym krokiem udał się do swojego gabinetu, gdzie padł na fotel.  Zły na to, że Danzo się upiekło, przeklął uderzając mocno pięścią w biurko. Pojedyncze kartki pofrunęły do góry, luźno leżące przybory do pisania poturlały się a butelka z wodą przewróciła spadając z blatu. Potoczyła się pod otwierane drzwi, gdzie wchodzący mężczyzna podniósł ją.
— Aż tak źle? — zapytał odstawiając przedmiot na miejsce.
— Uznała, że nie umie stwierdzić, kto jest winny. Wyobrażasz to sobie? To jakaś kpina — żachnął się podnosząc głos. — Ośmiu Uchihów nie żyje, pięciu cywilów zabitych — zaczął wymieniać na palcach poniesione straty, — połowa naszego oddziału na intensywnym leczeniu a Kristena znaleźliśmy martwego. A ona, co robi?! — krzyknął wskazując ręką na zachód w stronę głów kage. —Zawieszam misje dla Korzenia do odwołania — odparł przedrzeźniając głos Tsunade. — To jest kurwa jakaś kpina! — wrzasnął uderzając ponownie pięścią w stół, tym razem zrzucając leżącą na rancie komórkę, którą zapomniał ze sobą zabrać.
— Josuke, spokojnie — odparł, znów schylając się, aby podnieść przedmiot.
— Do tego uznała, że w ramach kary mamy utopić się w błocie i ponieść winę za to, że cywile widzieli walki. Gdyż ten pieprzony Korzeń nie wie, co to skrytość!
— Napij się — polecił wręczając przełożonemu szklankę z brandy. — To ci pomoże — zapewniał.
Josuke odebrał przedmiot wypijając zawartość jednym łykiem. Następnie wystawił rękę, niemo informując, aby dolał. Danar odebrał szklankę i podszedł do niewielkiego barku mieszczącego się za drzwiami. Kolejna porcja alkoholu zadziałała. Fioletowowłosy odchylił mocno głowę do tyłu, kładąc ją na oparciu i wlepiając wzrok w sufit.
— Jakieś pomysły? — zapytał delikatnie kręcąc się w obrotowym fotelu.
— Będzie ciężko. Ludzie nie kupią kitu o oparach wywołujących omamy. Ściema o jakiś ćwiczeniach treningowych również nie przejdzie.
— Wiem, co nie wypali. Dawaj pomysły na coś, co da się przepchać.
Nastała chwila ciszy. Danar intensywnie analizował każdą możliwą wymówkę, starając się wybrać taką, która nie pogrąży wizerunku organizacji, ale też spełni wymagania Hokage. Za to myśli Josuke krążyły wokół kilku pokojów na niższych kondygnacjach, gdzie Nerin zajmował się rannymi. Zastanawiał się również, co powie matce i młodszej siostrze Kristena. Chłopak na szczęście czy nie szczęście, jako nieliczny z pięciostopniowców posiadał rodzinę, którą w takim wypadku trzeba powiadomić.
— Przepraszam, ale to będzie nasze jedyne wyjście.
— Co? — odparł zerkając na asystenta, wzbudzony ze swoich przykrych rozmyślań. Danar westchnął rozumiejąc, że fioletowowłosy znów go nie słuchał.
— Nie mam innego wyjścia. Musimy zmieszać się z błotem.
— Co masz na myśli?
— Ogłosimy, że to grupka dzieci od nas, samowolnie przeprowadziła atak na przypadkowych ludzi, zamykając ich w genjutsu.
— To nas pogrąży. A do tego jest naciągane.
— Zdaję sobie z tego sprawę, jednak nie sposób inaczej wiarygodnie wyjaśnić tych incydentów. Dla masy laików, którzy nie wiedzą, co do genjutsu ani jak do końca działają shinobi, to wystarczy.
— Danar. I tak ostatnimi czasy mamy mało chętnych. Nie dawno odbył się Dzień Promocji, więc liczymy na poprawę sytuacji na zbliżającej się niedługo rekrutacji. Nie możemy się pogrążyć tuż przed nią. Przecież widzisz, co się dzieje. Piątego stopnia została garstka. W porównaniu do tego, co było, gdy całą ekipę z Keiko awansowałem. Czwarty i trzeci stopień utrzymuje się niemalże niezmienny. Nie ma, kogo z drugiego awansować. Do pierwszego przyjęliśmy ludzi, którzy w ogóle nie powinni tu być. Pomijając już fakt, że ludzie z pierwszego i drugiego stopnia padają jak muchy.
— Nie mamy wyboru — odparł głosem pełnym żalu. Wiedział, w jakiej sytuacji znajduje się organizacja, ale wolę Tsunade muszę wykonać. — To jedyne rozwiązanie, które uciszy szybko i pewnie plotki.
— Nie jestem tego pewien — mruknął zastanawiając się. — A wiesz, jakie wywoła to plotki o nas? Już słyszę te szepty. Ci Kindersi to banda patałachów, nie umieją utrzymać swoich w ryzach, nie to, co ANBU. Przyjmują do siebie niedoświadczonych dzieciaków to tak mają. Sami sobie są winni. A potem się dziwią, że mają taką reputację. Bla. Bla. Bla. Do tego na pewno wyciągnął masę starych hec, które koniecznie trzeba odświeżyć, bo pójdą jeszcze, nie daj boże w zapomnienie.
— Przykro mi.
— Eh. Skoro tak musi być. Spróbuj tylko napisać tylko to tak, abyśmy jeszcze, jako tako zachowali twarz.
— Oczywiście. Postaram się jak tylko mogę.
— Zuch chłopak — odparł uśmiechając się delikatnie. — Musisz to zrobić jak najszybciej — dodał wstając.
— Tak jest — oznajmił, zapisując wytyczne w wiecznie noszonym na rękach kalendarzu.
— Powodzenia — rzucił nim zniknął za drzwiami. Swoje kroki skierował ku schodom udając się do Nerina zobaczyć, co z przyjaciółmi. Uważał tą misję za niemalże kompletną porażkę.

Szatynka przy asekuracji dwóch mężczyzn w białych fartuchach wychodziła z wodnej kapsuły. Stanęła niepewnie, na lekko drążących nogach.
— Spokojnie — powiedział Nerin łapiąc tracąca równowagę dziewczynę. — Dzięki szybkiej interwencji Isamu, bez problemu udało ci się wylizać z ran. Nieźle cię tym prądem potraktowali.
— Przeklęty Korzeń — warknęła zaciskając pięści. Nie mogła wybaczy sobie tak łatwego znokautowania. Niestety elektryczne techniki, są jej słabością. Przez co wytrwale ćwiczyła odporność na to, wiedząc, czym jest pięta achillesowa. Stąd nie potrafiła pogodzić się z taką porażką.
— Zwyczajowo, za trzy dni na kontrolę — przypomniał poprawiając okulary.
— Tak, tak — mruknęła odbierając od asystenta krótki szlafrok, którym okryła nagie ciało. Powiodła wzrokiem za medykiem oglądającym stan osoby w sąsiedniej kapsule. Patrzyła na rudowłosego przyjaciela pływającego z lekko żółtawej wodzie. Nadal nie odzyskał przytomności, a ilość powbijanych w różnych miejscach igieł z dożylnym dostarczaniem leków, powiększyła się.
— Jak on się trzyma? — zapytała ostrożnie podchodząc do ogromnego cylindra. Starając się nie poślizgnąć na ściekającej z niej wodzie.
Nerin podniósł okulary przecierając powieki. Stan mężczyzny był trudny do leczenia. Nabawił się wewnętrznych popatrzeń, do tego rozległych. Najprawdopodobniej, kiedy chciał zneutralizować technikę ognistą, wypluł z ust pokłady wody. Niestety siła płomieni była większa, więc woda wyparowała, a część żaru musiała dostać się do płuc.
— Będzie dobrze — zapewnił poprawiając szkła.
— Liczę na ciebie. — Wtuliła się w ramię mężczyzny. Rozumiejąc, że więcej nie powie, bo nie może, ale wierzyła w niego i jego umiejętności. — To ja lecę na trening — dodała odwracając się gwałtownie.
— Keiko nie wolno ci! — krzyknął asystent, pośpiesznie za nią ruszając. Nerin nie reagował, wiedział, jaka jest dziewczyna, a potrafiła być uparta. — Stój! — nakazał widząc jak łapie za klamkę. W tej chwili drzwi gwałtownie otworzyły się. Higashiyama trzymając metalowy element poleciała do przodu, wpadając prosto na wchodzącego Josuke.
— Widzę, że z tobą już wszystko dobrze — zagadał uśmiechając się.
— Tak jest — odparła prostując się i salutując. — Jestem gotowa na morderczy trening, za karę, że tak łatwo dałam się pokonać.
— Nie jesteś — mruknął Nerin odczytując parametry z maszyny.
— Przepraszam — zaczęła pochylając głowę, — za to… — urwała czując jak przełożony czule ją głaszcze.
— Jak reszta? — zapytał wchodząc w głąb, wymijając zdezorientowaną dziewczynę.
Medyk nie odpowiedział. Westchnął ciężko. Machnął na asystenta, który podszedł podając czarną podkładkę z podpiętymi papierami.
— Sam zobacz — polecił przekazując przełożonemu raporty o stanie zdrowia pacjentów. Josuke odebrał to, przeglądając dane z mocno ściągniętymi brwiami. Keiko obserwowała mężczyzn z rosnącym niepokojem.
— Co się dzieje? — zapytała niepewnie, wykonując krok w ich stronę.  — Co się dzieje? — powtórzyła stanowczo, zbliżając się o kolejne kilkadziesiąt centymetrów.
— Po tamtej nocy, nie wszyscy wrócili.
Jej źrenice rozszerzyły się mocno. Patrzyła z niedowierzaniem na Josuke, który unikał kontaktu wzrokowego. Stała chwilę zupełnie zaskoczona, aby nagle, gwałtownie odwrócić się i wybiec z pomieszczenia. Biegła nie zważając na to, że jest w samym szlafroku, na boso a z ciała oraz włosów kapie woda. Nie wyrobiwszy na zakręcie, ślizgiem wpadła na przeciwległą ścianę. Odepchnęła się od niej łapiąc za klamkę najbliższych drzwi. Z impetem wbiegła do środka. Stanęła na środku pomieszczenia rozglądając się jak w amoku.
— Isamu! — krzyknęła dostrzegając blond włosom czuprynę. Z rozbiegu rzuciła się przyjacielowi na szyję, przygniatając go do łóżka. — Tak się cieszę, że cię tu zastałam — szeptała wtulając się mocno w mężczyznę.
— Panno Higashiyama! — rozległ się donośny i stanowczy kobiecy głos. — Pan Orinoke ma połamane żebra. Natychmiast masz go puścić.
— Tak, tak — odparła machając lekceważąco ręką na Tai, kolejną asystentkę głównego medyka. Pacjenci zaśmiali się widząc ze zrezygnowania wywracającą oczami kobietę.
— Mój ty nadobny, kwiatuszku wodolubny — oznajmił blondyn uśmiechając się uroczo i odgarniając mokre kosmyki z twarzy szatynki. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech ukazując białe zęby.
— A z nami to się już nie przywita.
— Swojego rycerza w białej pościeli znalazła, to reszta mało ważna.
— No wiecie, co? — oburzyła się podnoszą do pionu i buńczucznie układając dłonie na biodrach. — O was też się martwiłam — dodała obściskując każdego po kolei. — A gdzie reszta? — Rozejrzała się po sali.
— Nieprzytomni leżą gdzie indziej, część została już zwolniona. A…
— A? — powtórzyła przyglądając się przyjacielowi. Wszyscy nagle zmarkotnieli, uśmiechy poznikały, wzrok pouciekał.
— Miła ma — oznajmił Isamu przywołując ją do siebie gestem ręki. Podeszła siadając na skraju łóżka, pozwalając by ją objął. Wiedziała, co ma nadejść. Zacisnęła dłonie na materiale szlafroka, czekając na te jedno imię. — Kristena dopadli — wyszeptał przytulając mocniej. Zagryzła zęby, ściskając mocniej pięści, zamykając powieki. Nienawidziła tego. Momentu, kiedy przychodzą wieści o śmierci jednego z nich. Wszyscy byli szkoleni na takie sytuacje, jednak przyjaciel jest przyjacielem i zawsze boli.

***

Itachi siedział w kuchni czekając aż woda na herbatę zagotuje się. Dom wydawał się teraz taki pusty, odkąd Fugaku przesiaduje zamknięty w lochach pod Konohą. Cała ulica klanu jest wyludniała. Spacerują po niej jedynie starcy, dzieci i część kobiet. Większość mężczyzn została zatrzymana, tylko nielicznych dezerterów rodziny wypuścili. Ciągle zastanawiał się jak będzie wyglądało życie, gdy wszyscy wrócą do domów. Sasuke zdradził, czego ojciec mu nie wybaczy. Władze wioski będą patrzeć nieprzychylnie na klan. Nie wiadomo, jaka będzie opinia publiczna. Na razie szepty krążą wokół innych tematów niż brak policji, lecz wkrótce i o tym zaczną się plotki. Mało tego dopadły go wyrzuty sumienia. Shizune go poinformowała o śmierci ośmiu Uchihów. To, aż ośmiu krewnych, osiem pogrzebów, osiem Ordzin opłakujących zabitego. Czuł się po części winny za to. O ile przed zamachem nie miał dylematu, aby iść do Hokage i powiedzieć o planowanym zamachu, tak teraz rozważał czy dobrze postąpił. Może gdyby Kindersi i ANBU nie byli na to przygotowani, nikt z rodziny by nie ucierpiał. Może gdyby miał lepszy kontakt z ojcem i potrafił wpłynąć na jego decyzje, w ogóle by nie było zamachy. A może… I taki myśli dręczyły go non stop. Nie wysypiał się ostatnio, co jeszcze bardziej potęgowało zestresowanie.
Westchnął spoglądając na niebieski płomień pod czajnikiem. Wrócił wspomnieniami do wizyty w lochach.
Po wcześniejszych uzgodnieniach z Hokage dane mu było zobaczyć się z ojcem. Stąd teraz wraz z oddziałem ANBU schodził krętymi schodami do podziemi Konohy, gdzie ukryli pojmanych Uchihów. Zamaskowany mężczyzna poprowadził go na najniższe kondygnacje. Pochodnie umieszczone w kinkietach rzucały pomarańczową poświatę na ponure oblicza członków klanu, zamkniętych w celach. To tutaj w czterech osobnych i oddalonych od siebie pomieszczeniach, przebywali najważniejsi oraz najsilniejsi przedstawiciele klanu. W jednej z nich na własne życzenie siedział Shisui. Chciał tym zdjąć z siebie podejrzenia o współpracowanie z Hokage. Doprowadzić do tego, aby reszta rodziny mu zaufała.
— Masz pięć minut. Obserwujemy cię — oznajmił ANBU otwierając zwyczajowe metalowe, kratowane drzwi do celu. Po nich zaś pchnął drugie, szklane, dźwiękochłonne, aby więzień niczego nie mógł usłyszeć z zewnątrz. Itachi wszedł powoli patrząc na siedzącego na pryczy ojca. Miał zwieszoną głowę i wyraźnie był pogrążony w swoich ponurych myślach. Długowłosy odchrząknął zwracając na siebie uwagę.
— Itachi? — zapytał podnoszą głowę. — Jak to się stało, że tu jesteś?
Syn wskazał wzrokiem na strażnika obserwującego ich za oszklonej ściany. Fugaku zrozumiał, więc wstał zasiadając naprzeciwko przy niewielkim drewnianym stoliku.
— Czemu starszyzna żyje?
— Przepraszam cię ojcze — odparł pochylając głowę w całkowitym geście szacunku i skruchy. Miał już przygotowany przebieg rozmowy. Te pytanie było oczywistością, więc zawczasu wymyślił usprawiedliwienie. — Nie wiem skąd się o tym dowiedzieli, lecz władze były przygotowane na nasz zamach. W budynku nie było starszyzny, tylko pułapka. W środku czekały oddziały Korzenia. Po pozbyciu się ich, dokładnie przeszukałem wszystkie pomieszczenia. Ani śladu bytności kogokolwiek. Uznałem, że musieli gdzieś ich przenieść, a że takie dostałem od ciebie zadanie, to nie mogłem zawieść i wrócić z pustymi rękoma. Zacząłem szukać na własną rękę. Niestety nim ich odnalazłem, doszły mnie słuchy, że zamach został udaremniony i wszyscy Uchiha pojmani. Przepraszam ojcze, że cię zawiodłem — wyjaśnił pochylając głowę jeszcze bardziej, pozwalając by kosmyki włosów ułożyły się na zniszczonym blacie.
— Nie zawiodłeś synu. Starałeś się wypełnić moją wolę i powierzone zadanie. Powiedz mi tylko jedno, dlaczego jesteś wolny? — zapytał podejrzliwie przyglądając się brunetowi. — Wypuścili tylko tych, którzy zechcieli zdradzić klan. — Zacisnął mocniej pięści wbijając paznokcie w skórę. Ciągle przed oczami miał akt zdrady Sasuke. — Nawet Shisui, którego podejrzewałem przebywa tutaj.
Itachi podniósł głowę wychylając się z krzesła. Fugaku niepewnie, obserwował jak przysuwa się do niego. Rozumiejąc, o co chodzi, zrobił to samo.
— Zabiłem wszystkich świadków — wyszeptał, chociaż doskonale wiedział, że przez tą dźwiękoszczelną szybkę strażnik ich nie usłyszy.— Nie mieli dowodu na oskarżenie mnie. Tsunade coś insynuowała, ale bez konkretów nie mogła nic zrobić.
— Rozumiem — odparł, a na jego sposępniałym obliczu zawitał delikatny uśmiech dumy, że chociaż jeden z synów go nie zawiódł.
— Do tego zaproponowali współprace — dodał ściszając jeszcze bardziej głos.
— Współpracę?
— Chcą, abym był ich wtyką w klanie. Donosił o nastrojach, poglądach wśród krewnych czy planowanych akcjach. Uważam, że to doskonała okazja, aby wkręcić się w bezpośrednie środowisko Hokage. Mógłbym wówczas donosić tobie o poczynaniach Tsunade, stąd przy następnej próbie nikt nas nie ubiegnie. Przy okazji, może dowiem się skąd wiedzieli, co planujemy.
— Wyśmienity pomysł. Jednak to bardzo trudna i delikatna operacje. Nie może wyczuć, że rzeczywistość wygląda inaczej i to ty szpiegujesz dla nas, nie odwrotnie. Do tego, nie da się jej zbyć błahostkami. Będzie trzeba przekazać mocno wyselekcjonowane fakty o klanie. Tak, aby były, jak najbliższe prawdy oraz na tyle wiarygodne, aby je kupiła.
— Uważam, że warto zaryzykować.
— Zgódź się — odparł po chwili namysłu kiwając potakująco głową. Dostrzegał rosnące możliwości, o których mówił Itachi. Dzięki temu, przy następnej okazji, wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej i zakończyć sukcesem.
— Wasz czas minął — oznajmił strażnik otwierając drzwi. Brunet nie miał wyboru, posłusznie wstał opuszczając cele. Przyglądał się spokojnemu obliczu ojca. Siedział z założonymi rękami, zamkniętymi powiekami, prezentując całkowite skupienie i wole nienaruszalnej góry. Odwrócił głowę podążając za ANBU. Myśli, że on nie chce ustąpić, ani zaakceptować rzeczywistość, napawała go smutkiem.

Z przytłaczających wspomnień wyrwał go hałaśliwy pisk dobywający się z gwiżdżącego czajnika. Podniósł się zalewając przygotowany kubek. Przez opary ledwo widział, jak woda nabiera brunatnego koloru.
— Kochanie mógłbyś pomóc?
W drzwiach do kuchni stanęła Mikoto z Kinari na rękach.
— Tak oczywiście — odparł po chwili wracając myślami do rzeczywistości.
— Przez tą całą sytuację, wszystkim jest ciężko. Wychodzę zrobić zbiorcze zakupy i poroznosić po domach. Za jakieś dziesięć minut skończy się pranie Mógłbyś rozwiesić?  — zapytała. Potaknął. Przyjrzał się kobiecie. Wyglądała mizernie. Podkrążone, przekrwione oczy, zmęczenie na twarzy i ten pusty wzrok. Chciał ją jakoś pocieszyć, podnieść na duchu, ale nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Nie wszyscy w rodzinie wiedzieli, co tak naprawdę zdarzyło się podczas tej feralnej nocy. Dzieci nie były informowane, lecz także część starszyzny i kobiet. Niektóre dowiadywały się dopiero po dostaniu wiadomości od zamkniętych w lochach mężów, że żyją i mają się dobrze. To był ciężki okres dla całego klanu.
Po wyjściu matki, Itachi spojrzał na zegarek. Miał jeszcze czas, umówił się z Sasuke za półtorej godziny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz