16 kwietnia 2016

36. Dostałem sygnał. To stanie się tego wieczoru

        Pomieszczenie było oświetlone jedynie przez samotną świeczkę na niewielkim stoliku. Ściany, półki zapełnione książkami, poustawiane na podłodze w stosy i nawet szeroka kanapa, wszystko to ginęło w półmroku. Tlący się ognik rzucał makabryczne cienie na obandażowaną twarz mężczyzny. Oczy miał zamknięte, a oblicze zdawało się spokojne, choć nad wyraz skupione. W tym świetle zmarszczki wydawały się głębsze, dodając lat zmęczonemu życiem Danzo. To tylko złudzenie.
       Podniósł nieznacznie powiekę dosłyszawszy delikatne szmery za drzwiami. Chwilę później otworzyły się z cichym skrzypieniem. Stojący w nich mężczyzna od razu klęknął na jedno kolano.
— Wszystko gotowe panie — zakomunikował, pochylając głowę z szacunkiem. Danzo nie odpowiedział. Patrzył na płomień świecy. Wąski, lecz wysoki ogień, kłaniający się pod wpływem podmuchu wiatru. Wstał, wspomagając się drewnianą laską. Z charakterystycznym stukotem, ruszył w stronę wyjścia. Człowiek z Korzenia podniósł się, ustępując drogi swemu panu. Odczekał, aż on opuści pomieszczenie, po czym chwycił pewnie za klamkę zamykając drzwi. Zrobił to na tyle sprawnym ruchem, że wywołał podmuch wiatru, który zgasił świeczkę. Nikt już nie zobaczył cienkiej stróżki unoszącego się w górę dymu. Jedynej pozostałości po zniknięciu niegdyś wspaniałego, potężnego ognia, zdolnego w okresie swojej świetności rozświetlić całe pomieszczenie.

***

Długowłosa szatynka wraz z grupą przyjaciół przemierzała korytarz, aby stanąć przed obliczem Josuke. Mężczyzna zaprosiwszy podwładnych do gabinetu, podniósł się z fotela. Był poważny, jak wszyscy inni. Przyjrzał się dokładnie każdemu z osobna. Skupienie, spokój, pewność, opanowanie, zdecydowanie, to prezentowali.
— Dostałem sygnał. To stanie się tego wieczoru. Nie znamy dokładnego czasu rozpoczęcia, więc za godzinę musicie być na stanowiskach. Wiecie, co i jak? — Zgodnie potaknęli skinieniem głowy. Wszystko zostało omówione i ustalone kilka dni wcześniej. To była ważna misja i nie mogli dopuścić do niepowodzenia. — Rozkazy od Hokage w sprawie Sasuke. — Wyjął jego zdjęcie, dla przypomnienia. — Ma być neutralny. Nie stanie po stronie ojca, ale nie będzie nam pomagać. Nawet są przypuszczenia, że nie będzie brał udziału w zamachu. Jednym słowem, unikać i olewać. Co do pozostałej dwójki, Itachi i Shisui. — Teraz pokazał ich fotografie. — W celu identyfikacji mają posiadać na lewych nadgarstkach ciemnozieloną tasiemkę, wstążkę, sznurek, mulinę, opaskę, kawałek chusty, cokolwiek. Dokładnie, co to będzie, nie wiadomo. Tylko tyle, że lewy nadgarstek i kolor ciemnozielony. Wszystko inne znacie. — Znów zbiorowe potaknięcie. — Nie mam nic więcej do przekazania. Moi drodzy, — urwał, po raz kolejny spoglądając na każdego z osobna, — obstawiam, że nie wrócicie — skończył przerwaną myśl, uśmiechając się promiennie. Wierzył w nich oraz zdolności, jakie posiadali. Byli jak jedno, wielkie rodzeństwo. Nierozerwalne więzy braterstwa.
— Będziemy się starać.
— To oczywiste, że nie wrócimy.
— No ba.
— Będzie tak na bank.
Każdy potakiwał, na swój własny sposób, z uśmiechem jak i pewnością w głosie.
— Odmaszerować kochani.
— Tak jest! — zabrzmiał zgodny chór. Jeszcze ostatnie zerknięcie na przywódcę przez opuszczeniem gabinetu. I już przemierzali korytarze ku szatni, gdzie czekały na nich przygotowane stroje. Podobne do tych noszonych przez jednostki ANBU, lecz tylko na pierwszy rzut oka. Kindersi posiadali kilka oficjalnych wersji swojego uniformu. Na ten wieczór wybrali całkowity kamuflaż. Bez względu na płeć, każdy ubierał się w czarny dopasowany do sylwetki, przylegający kombinezon z elastycznego materiału, niekrępującego ruchy. Długie nogawki oraz rękawy. Na dłonie władali rękawiczki, na stopy buty z wysokimi cholewkami, ze specjalnymi cichymi podeszwami. W okolicy bioder i na udach przewiązywali pasy z doczepionymi doń futerałami. Mieściły one kunaie, shurikeny, senbon, zwoje, pigułki, strzykawki, wszelkie potrzebne do misji bronie. Na ramiona nakładali bezrękawniki z cienkiego, obcisłego materiału, zaopatrzone w obszerne kaptury. Niektórzy jeszcze upinali bądź wiązali włosy, aby mieć pewność, że nie będą zawadzać.
— Wszyscy gotowi? — zapytał Isamu rozglądając się po przyjaciołach. Ostatnie poprawki na pasach, dopięcie futerałów i byli przygotowani. — Idziemy — zakomunikował widząc jak prostują się.
Równym, sprawnym tempem ruszyli ciemnym korytarzem. Na zewnątrz zmierz coraz śmielej się rozgaszczał. Uliczne latarnie powoli rozbłyskały swoim jarzeniowym światłem, przepędzając ciemność. Kindersi zatrzymali się na skrzyżowaniu. Każdy wiedział gdzie ma się udać i co robić. Ostatni raz spojrzeli po sobie. Trzymane do tej pory w dłoniach maski, założyli na twarze. Były charakterystyczne, odróżniające się do tych noszonych przez ANBU i Korzeń. Otwory na oczy zawsze podłużne, obowiązkowe uszy a malunki czerwono-czarne. Ich kształt głównie przedstawiał pyski kotów, lisów, tygrysów, psów, niedźwiedzi czy jeleni.
Gotowi do wymarszu, w pełnym umundurowaniu, narzucili na głowy kaptury. Bez zbędnych słów rozpierzchli się. Nic nie mogło wyglądać podejrzanie, więc siedzibę opuszczali różnych drogami. Korzystając raczej z niestandardowych metod, omijając drzwi.
Keiko mając już za sobą tereny organizacji, dzierżąc wyjęty z futerały kunai przemieszczała się zaułkami bądź dachami domostw. Unikała głównych ulic, gdzie o tej porze zapewne kręcili się jeszcze cywile. Starała się również nie wchodzić w plamy światła ulicznych latarni. Jednym słowem robiła wszystko, aby ukryć swoją obecność. Była w tym wyszkolona, w końcu taka rola Kindersów. Poruszała się bezszelestnie, sprawnie i szybko. Zatrzymała się na chwilę, przystając gwałtownie. Kilka zwinnych ruchów i znalazła się na gałęzi pobliskiego drzewa. Ukucnęła, ukrywając się w gęstwinie liści oraz cieniu otaczającym główny konar.  Nasłuchiwała. Miała rację, ktoś się zbliżał. Błysnęło ostrze kunaia przygotowanego do ataku. Po chwili z mroku wąskiej dróżki pomiędzy dwoma sąsiadującymi budynkami, wyszła para trzymając się za ręce.
— Kanar no chodź do La Bandar — nalegała wieszając się mężczyźnie na ramieniu.
— Wiesz, że nie lubię tamtego DJ’a.
— A ja tancerek z Xpera — oznajmiła strzelając teatralnego focha z przytupem nogi. Obcas szpilki zastukał o chodnik. Szatynka nie mogła czekać, aż dogadają się i ruszą spod drzewa, przy którym zatrzymali się. Rozejrzała się. W oddali na jednym z dachów mignęła jej ciemna sylwetka. Korzeń, Kinders czy już Uchiha? Nie mogła dłużej tu trwać. Brak innych przechodniów skłonił ją do wykonania skoku na schody przeciwpożarowe pobliskiego budynku. Charakterystyczna żeliwna konstrukcja przypominająca dodatkową klatkę schodową mieszczącą się na zewnątrz, na jednej ze ścian bloku. Płynnie i bezdźwięcznie wylądowała na niej, wykonując przewrót w przód, do pozycji kucanej. Następnie, chcąc przyśpieszyć przemieszczanie się, wspięła się na dach. Z pochyloną sylwetkę, przemknęła po przekątnej na drugą krawędź budynku. Wykonując widowiskowych skok nad głowami cywilów spacerujących w dole, znalazła się na mniejszej, dwupiętrowej budowli. Stamtąd posiłkując się rynnami zeszła na dół, lądując w ciemnym zaułku. Nastraszając przy okazji śpiącego na śmietnikowych kontenerach kota. Z głośnym prychnięciem uciekł, wyskakując na kolejkę czekającą by wejść do słynnej restauracji. Niemalże nikt nie zwrócił uwagi na czworonożne zwierze. Jedynie pewien chłopak, obok którego przebieg, spojrzał w stronę zakamarka. Higashiyama chwyciła kaptur naciągając go mocniej, ukrywając maskę. Blondyn mimo przyglądania się, niczego nie dostrzegł. Odwrócił się, więc w stronę swojej towarzyszki, wracając do przerwanej rozmowy. Keiko popatrzyła w górę, na budynek będący jej celem. To już blisko. Wspięła się na ścianę, aby wylądować po drugiej stronie, w krzakach czyjegoś ogródka. Przebiegła przez niego, przeskakując ogrodzenie, wychodząc na skąpaną w świetle latarni uliczkę. Czym prędzej przedostała się na drugą stronę. Kolejny płot i zniknęła w cieniach rzucanych przez szereg garaży. Biegnąc wzdłuż nich, dostała się pod wyznaczony budynek. Blok w starym budownictwie z klatką przeciwpożarową na zewnątrz. Ulokowała się na przedostatnim piętrze, bacznie obserwując okolice. Innymi słowy, zajęła wyznaczoną pozycję.

***

Długowłosy brunet wraz z licznym przedstawicielstwem swojego klanu stał w tajnym pomieszczeniu pod posiadłością, słuchając ostatnich wytycznych ojca oraz mowy motywacyjnej. Wszyscy byli poruszeni i podniecenie, gorliwie spijając słowa z ust swojego przywódcy. Itachiemu z każdym kolejny zdaniem robiło się słabiej. Nie mógł uwierzyć w to, co teraz się dzieje. Stoi tu, słuchając Fugaku nawołującego do zemsty, w chwili, kiedy lada moment zostanie przeprowadzony zamach i dojdzie do przewrotu, w którym ma uczestniczyć. Pragnął, aby to był tylko zły sen. Kątem oka zerknął na Sasuke. Z zaciśniętej pięści, pustych oczu i zwyczajowej maski obojętności na twarzy, aktualnie nie potrafił wyczytać intencji. Stał daleko, pod ścianą, udając, że nie słucha wywodu ojca.
— Dzisiaj mamy szczęście po swojej stronie. Zwyciężymy, naprawiając błąd historii. To nasz wieczór i nasza chwała. Wiemy, co mamy robić. Do dzieła! — krzyknął kończąc swoją przemowę. Rozległa się wrzawa aplauzu. Każdy się cieszył, radował, wypełniała go duma i chęć zmiany. Tylko bracia wiedzieli, czym to się naprawdę skończy. Itachi przymknął powieki, autentycznie bojąc się tego, co ma nadejść. Rozejrzał się po sali. Krewni w pośpiechu odbierali przygotowane maski. Miały imitować te, którymi posługuje się ANBU. Prosty zabieg na zmylenie wroga. Strategia i rozlokowanie zostało omówione kilka godzin temu. Wszyscy wiedzieli, jakie mają zadanie, gdzie być. Pokój wyludniał się.
— Chodźcie — oznajmił machając na swoich synów. Chcąc nie chcąc ruszyli się, podchodząc do rozłożonej na stole mapy. — Mam dla was specjalne zadanie. Jesteście moimi synami i oczekują największego wsparcia. Ty Sasuke udasz się tu — rzekł wskazując odpowiednie miejsce. — Budynek siedziby Korzenia. Wchodzisz od tej strony — instruował pokazując kierunek. — Shima, Namar oraz Amur, wchodzą z tej, tej i tej strony. Tak, aby narobić rabanu w różnych miejscach, dezorientując ich. Ściągasz ich uwagę na siebie, udając szpiega z innej wioski. — Z kieszeni wyjął opaskę Suna, wręczając mu ją. — To uniemożliwi im mobilizację, w razie gdyby coś poszło nie tak i został wszczęty alarm. Zaś ty. — Spojrzał na lekko pobladłe oblicze starszego syna. — Wejdziesz tu. — Wskazał budynek Starszyzny. — I pozabijasz wszystkich. Następnie przeniesiesz się do siedziby Hokage, dołączając do grupy Hanasa. Pomożesz mu pozbyć się pozostałych w budynku. Najprawdopodobniej już tam będę. Zrozumieliście? —Pokiwali głowami. — To na stanowiska — zakomunikował odchodząc od stołu.
Nie było już odwrotu. Ruszyli posłusznie za ojcem, opuszczając salę obrad klanu. Każdy udał się w inną stronę, zajmując się wyznaczonym zadaniem. Lecz…
Sasuke nie miał najmniejszego zamiaru uczestniczyć w przewrocie. Grał posłusznego, coraz bardziej czując niechęć do własnego ojca. Chciał się wycofać, co nie było trudne. Zwłaszcza, że miał go pilnować Naruto. Zniknięcie blondynowi było dziecinie proste. Wystarczył zwykły podział cienia i dezaktywacja klona, w chwili, kiedy było się już daleko, w zupełnie innej części wioski.  Nawet nie starał się udawać, że kieruje się w stronę siedziby Korzenia. Od razu, obrał zupełnie inny cel.
Itachi miał zamiar udawać uczestnictwo w zamachu. Po wyjściu na powierzchnię, dobył z kieszeni ciemnozieloną opaskę umieszczając ją na lewym nadgarstku. Zgodnie z poleceniem udał się pod budynek zajmowany przez Starszyznę i czekał na sygnał, którym miało być wybijanie przez zegar godziny pierwszej. Zachowywał się dokładnie tak, jak ojciec oczekiwał. Doskonale grał swoją rolę, nie dając najmniejszych powodów do obawy o niewypełnienie rozkazu. Mimo tego, że żadnego wymordowania nie miał zamiaru dokonywać, ani chociażby włamania na teren budowli poddawanej teraz obserwacji. Szczęście w nieszczęściu polegało na dostanym samotnym zadaniu. Nikt go nie pilnował, jako geniusza klanu i syna samego Fugaku. Nie było, więc problemu, i konieczności starcia z krewnymi. Zastanawiał się tylko, kogo Tsunade wyznaczyła do obrony Konohy. Liczył na to, że, gdyby byli to Kindersi, Keiko nie uczestniczyłaby w tym.

Za minutę pierwsza. Uchiha w podnieceniu i zdenerwowaniu oczekiwali bicia zegara. Wszyscy w pełnej gotowości, dokładnie wiedzieli, jakie jest ich zadanie. W końcu nastał upragniony moment. Po Konosze rozległ się donośny dźwięk. Bim, bam. Zegar na wieży wybił pierwszą w nocy. Nagle nastała cisza, jakby przed burzą. To spowodowało, że złowieszczy dźwięk było bardzo dobrze słyszalny. Nieświadomi mieszkańcy wioski nie wiedzieli, że zwiastuje on tragedię, próbę zamachu stanu.
Fugaku nie był głupi, dobrze przygotowywał się na ten dzień. Strategię planował dniami, skrupulatnie obmyślając każdy ruch. Podzielił swoich sprzymierzeńców na dwie główne grupy. Pierwsza miała dokonać dywersji z ulicy, druga z podziemi. W razie wszczęcia alarmy, wszyscy rzucą się na biegających Uchiha na widoku. O to chodziło, mają w razie, czego odwracać uwagę. Dzięki temu, druga grupa mogłoby spokojnie dokonać zamachu, zupełnie niezauważeni. Pod Konohą znajdują się dość dobrze rozwinięte korytarze. Obecnie niewiele osób się nimi interesuje, a tym bardziej nie są używane. Powstały podczas wielkiej wojny i miały służyć do ewakuacji, w przypadku ataku na wioskę. Niestety były budowane na szybko, przez co niezupełnie przemyślane. Znajdowały się za płytko, aby służyć, jako schrony. Nawet ANBU czy Kindersi z nich nie skorzystali, z powodu za łatwego dostępu do nich. Organizacje na własne potrzeby, stworzyły nowe sieci podziemi. Te zaś ze względów bezpieczeństwa, gdyż potrafiło dojść do osunięć, zostały pozamykane a wejścia zabezpieczone. Takim sposobem sam fakt ich istnienia odszedł w zapomnienie. Jednak Fugaku postanowił przywrócić im świetność. Jeszcze zanim synom ogłosił plan ataku, jego ludzie przeczesywali korytarze. Wiedział dokładnie, w jakim są stanie i gdzie prowadzą. To był poważny atut w jego rękach. Uważał, że dzięki temu wygra. Nie wiedział jednak, że Hokage także bardzo dobrze się do tego przygotowała. Dzięki przeanalizowaniu wszystkich zorganizowanych ataków policji, Tsunade w pewnym stopniu poznała mechanikę, którą posługiwał się Fugaku. To spowodowało, że do podziemi również zostały wysłane jednostki kontrataku.
Pięć minut po pierwszej nastały walki. Uchiha ruszywszy do swoich zadań opuścili stanowiska. A ANBU nie czekało. Wykryło ich, przystępując do swojej misji. Jeden z członków Kindersów, czyhając w cieniu zaułka obserwował akcję. Zaatakowany brunet w psiej masce odskoczył, na dach kiosku. Światło okolicznej latarni błysnęło w dobyty przez niego ostrzu. Ukryty w cieniu Kinders zmarszczył brwi, przyglądając się niecodziennej zagrywce konkurencyjnej organizacji. Człowiek w charakterystycznym stroju Korzenia bez krępacji stanął w świetle. Podniósł głowę parząc na Uchihę, na mieniące się szkarłatem oczy. Następne ruchy były sekundami. Świst, brzdęk, tłuczone szkło i ciemność zalała ulicę. Kolejny świst, zgrzyt zderzającej się stali, świst, łopocząca peleryna, rozdzierany materiał, zgrzyt, cichy jęk i bum. Ciało upadło na ulicę, a biała maska przedstawiająca pysk psa potoczyła się pod nogi ukrywającego się blondyna. Nie drgnął, obserwując jak ciemna postać układa bezwładną masę na swoich plecach. Po chwili odeszli, rozpływając się w mroku. Kinders ostrożnie wyszedł podchodząc do miejsca upadku. Ukucnął dostrzegając dobijający się blask księżyca w czymś płynnym. Zanurzył palce, po czym roztarł w nich substancję. Odchylając nieznacznie maskę przyłożył dłoń do warg, po czym natychmiast splunął wyczuwając w ustach metaliczny posmak krwi. Przeczuwając niesubordynację wyskoczył w górę lądując na kiosku.  Z niego przemieścił się na balkon sąsiedniego budynku, potem na kolejny znajdujący się wyżej i po jeszcze kilku skokach był na dachy. Zatrzymał się rozglądając. Dostrzegłszy pochylona postać ze znaczmy wybrzuszeniem na plecach, ruszył biegiem.

Długowłosy brunet obserwował trwającą gonitwę po dachach. W uciekającym mężczyźnie rozpoznał członka klanu, ściganego przez dwie osoby z Korzenia. Czuł się rozdarty. Nie mógł im pomóc w schwytaniu buntowników. Musiał grać lojalnego, aby Hokage miała szpiega wśród Uchihów. Ogarnęło go jedno z najbardziej nielubianych uczuć, bezsilność. Mógł tylko patrzeć na trwające walki i to jedynie z ukrycia. Westchnął poprawiając kaptur, naciągając go na oczy, aby móc więcej tego nie oglądać.
Nim zdążył się ruszyć, odruch shinobi dał o sobie znać. Błyskawicznie dobył kunai blokując ostrze przeciwnika. Ich wzrok jednak nie spotkał się. Napastnik zerknął na lewy nadgarstek. Dostrzegłszy znak rozpoznawczy, opuścił broń. Itachi przyjrzał się mu, a raczej jej, wnioskując po posturze. Charakterystyczny strój niespotykany u Korzenia, jednoznacznie wskazywał na przynależność do Kindersów.
Stała przed nim zaskoczona, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić. Brunet zmarszczył brwi, przyglądając się dokładniej. Rozpoznał. Dostrzegła to w jego oczach, gdy ich wzrok na chwilę się skrzyżował. Odwróciła się gwałtownie, jakby na sygnał, chcąc odbiec. Itachi szybko zareagował, wyciągnął rękę, starając się zatrzymać. Jednak zamiast za ramie, udało mu się chwycić tylko kaptur. Zaciskając mocniej palce, nieświadomie zahaczył o gumkę do włosów, która zsunęła się wraz z czarnym materiałem. Dziewczyna w tym momencie wyskoczyła na drogę, stając w nikłym świetle. Na plecy i ramiona opadły kaskadami kasztanowe długie włosy. To koniec, została zdemaskowana. Stała przez chwilę w bezruchy, by potem zamienić się w wodę. Woda odbiła światło, wyraźnie zaznaczając postać. Jednak dziewczyna ruszyła się, szybko ginąć w cieniu. Brunet spodziewał się tego, więc zawczasu uruchomił sharingan. Dla niego poruszająca się w ciemnościach woda jest już zauważalna, w przeciwieństwie dla zwykłego oka. Ruszył za nią. Bezszelestnie zjawiając się w ślepej uliczce, gdzie dziewczyna materializowała się. Przytrzymując się ściany, głośno oddychała, łapiąc oddech. Wówczas została do niej przyparta. Spojrzała na intruza trzymającego za nadgarstki. Krwawe tęczówki ustępowały miejsca czarnym. Westchnęła, nie było sensu się szamotać. Itachi odsunął się oswobadzając na chwilę, by następnie zamknąć w ciasnym uścisku.
— Martwiłem się — wyszeptał, tuląc mocniej. Keiko nie wiedziała jak się zachować. Nie powinna doprowadzić do tego spotkania. Tęskniła za nim, lecz była świadoma tego, jakie konsekwencje poniesie, jeśli ktoś z organizacji teraz ich nakryje.
— Muszę wracać. Mam misję.
— Wiem.
Westchnął mocniej obejmując. Odsunął ich maski, łącząc wargi w czułym pocałunku. Brakowało mu szatynki, nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. Nie widywała się z nim, nie kontaktowała. Spotkali się dopiero teraz, w tak nieodpowiednim momencie i na taką krótką chwilę.
— Uważaj na siebie — wyszeptał przerywając pocałunek i poprawiając jej maskę. — Pamiętaj, nic nie może ci się stać — dodał lekko się uśmiechając.
— Ty także się pilnuj — oznajmiła przytulając się ostatni raz. — Do zobaczenia po tym wszystkim. — Odsunęła się od niego wyskakując w powietrze, łapiąc się drabinki na jednej ze ścian. Po niej wspięła się na dach, oddalając się. Chwilę patrzył jak płynnie porusza się po budynkach nim zniknęła zeskakując.

***

Po za terenami zabudowanymi, wśród gęstego krzewu, znajdowała się niepozornie wyglądająca budowla. Mieściła ona tymczasowy areszt dla buntowników. To tutaj ANBU i Kindersi mieli znosić nieprzytomnych Uchihów. Właśnie na horyzoncie strażników pojawił się zamaskowany mężczyzna niosący bezwładne ciało.
— Bierz je — nakazała kobieta zerkając na swojego pomocnika. Młodzieniec posłusznie je odebrał, pozwalając towarzyszowi z organizacji wrócić do akcji. Powoli ruszył w stronę domu, mijając się z zastępcą, gotowym przyjąć następne ciało.
— Nie wydaje wam się, że jakoś ich trochę za mało? — zapytał mężczyzna w wyraźnie wyróżniającym się od pozostałych stroju, zerkając na ścienny zegar.
— Nie gadaj dzieciaku, tylko bierz się do roboty — ofukał go brunet podchodząc do znokautowanego Uchihy pozostawionego na ławce przy drzwiach. Zdjął mu maskę, dokonując identyfikacji i oznaczając w spisie. — Będzie nieciekawie, jak się ocknie tutaj a nie tam — rzekł wskazując na pomieszczenia z kratami. — Ruszaj się — dodał odchodząc.
— Rób to, co do ciebie należy, a myślenie zostaw lepszym — burknął drobny mężczyzna naklejając na plecach nieprzytomnego prostokątną kartkę pokrytą czerwonymi znakami. Przedmiot miał na celu blokowanie przepływu chakry. Takie małe zabezpieczenie, jakby nagle pojmani chcieli zrobić tu rebelię. Kinders nie skomentował tego, obrzucając Korzeń gniewnym spojrzeniem. Posłusznie wziął ciało zanosząc je do celi. Wychodząc z niej zaczepił swojego towarzysza, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Obojgu coś tu nie pasowało. Na tę godzinę, powinni mieć znacznie więcej pojmanych. Wprawdzie walki w Konoha trwają już znaczny czas. I czemu nikt jeszcze nie zajął się Fugaku?

***

Keiko wspiąwszy się na kamienne głowy Kage obserwowała Konohę. Dostrzegała przemieszczające się ciemne sylwetki, odbijające światło ostrza broni, używane dyskretnie techniki. Unoszący się w górze dym po ogniu, błyski piorunów, wprawione w ruch wijące się konary drzew, silny, porywisty wiatr, który porwał czyjąś koszulkę z suszącego się na balkonie prania. Zmarszczyła brwi odczuwszy delikatne drgania. Czyżby strop się w podziemiach zawalił? Poprawiwszy kaptur wrzuciła się z czoła Trzeciego Hokage.  Wykonując salto w powietrzu, poprzez płynny przewrót w przód wylądowała na szczycie bloku. Tuż przed wykonaniem kolejnego skoku, zatrzymała się na krawędzi, dokładnie w chwili, kiedy ktoś z Korzenia zakradł się od tyłu do Uchihy i bez ceregieli przebił go kataną. Zmarszczyła brwi, patrząc jak martwe ciało osuwa się na ziemię, brudząc trawę krwią. Odwróciła się na pięcie, kopniakiem otwierając drzwi na klatkę schodową. Stając na barierkach, okrakiem nad niewielką przestrzenią pomiędzy nimi, podskoczyła, szybko szybując w dół. Będąc prawie u celu, chwyciła poręcz zatrzymując się na wysokości drugiego piętra. Odbiła się od niej, lądując na barierce po przeciwległej stronie, na półpiętrze. Powtarzała czynności, aż do momentu dotknięcia stałego podłoża. Wybiegła z klatki, kierując kroki w stronę parku, gdzie widziała zajście. Przeskakując ławki, rabatki, krzaki, szybko znalazła się u celu. Mężczyzna słysząc osuwający się pod czyimś ciężarem żwir zatrzymał się.
— Niesubordynacja jest karana — oznajmiła przenosząc wzrok na martwe ciało, które taszczył na plecach.
— Wypadek przy pracy — odparł spokojnie zrzucając zwłoki. Z cichym bum wylądowały w trawie, powodując, że maska osunęła się, upadając. Młody przystojny mężczyzna, z wykrzywioną w szoku i przerażeniu twarzą, z krwawą dziurą na wysokości klatki piersiowej. Szatynka przeniosła wzrok na członka Korzenia, który nieznacznie poruszył się, przyjmując pozycją wyjściową do ataku. Wyraźny znak, że bez walki się nie obejdzie. Miała rację. Nim zdążyła drgnąć, napastnik rzucił się, dobywając katanę w locie. Uśmiechnęła się, nie wykonując ruchy nawet o milimetr. Ostrze broni przeleciało przez nią, przecinając po ukoście klatkę piersiową. Zaskoczony mężczyzna zawrócił rękę dokonując jeszcze jednego ciosu na wysokości talii. Katana przeszła gładko, nie dokonując najmniejszego zadrapania. Odskoczył na bezpieczną odległość, szurając butami o żwirowatą nawierzchnię, tworząc kłęby dymy. Spojrzał na ostrze. Było wilgotne. Blask księżyca odbił się w kropelkach wody, a podniosły kurz oblepił je.  W tym czasie Keiko miała chwilę na wyjęcie kunaia i przejścia do kontrataku, nie czekając aż beżowa zasłona opadnie. Mężczyzna sprawnie blokował uderzenia, nawet w momencie, kiedy szatynka niepostrzeżenie dobyła kolejnej broni. Zaskoczenie skończyło się niewielkim draśnięciem na ramieniu i odskoczeniem od siebie. Członek Korzenia nie przejmując się czymś tak błahym, doprowadził do kolejnego zwarcia ostrzy, które ze zgrzytem spotkały się. Blokując kataną zamach Higashiyamy, zatrzymując drugi atak, zaciśniętymi na nadgarstku palcami, wykonał dość niespodziewany ruch. Puścił ostrze, odsuwając miecz na bok. Dziewczyna wiedziała, że coś w tym jest nie tak, lecz nie mogła już niczego zatrzymać. Pod wpływem przykładanej siły, jej ręką z kunaiem, do tej pory blokowana, poszybowała na szyje napastnika. Nie zdążyła dotrzeć do celu, kiedy mężczyzna wbił jej katanę w bok. Weszła gładko jak w wodę, nie raniąc jej, lecz... Krzyknęła głośno, odchylając głowę do tyłu. Przez ciało przebiegał silny ładunek elektryczny, wprowadzając w niekontrolowane konwulsje. Prąd bardzo łatwo się przemieszczał się po wodzie, przechodząc na ciało. Obserwował jej agonię z uśmiechem pełnym tryumfu. Nie dość, że dobrze wypełnił misję, zabijając Uchihów to jeszcze miał okazję pozbyć się członka znienawidzonej organizacji. Jego pyszność go zgubiła. Nie dostrzegł jak dziewczyna miotając się, kopnęła go. To wystarczyło, aby ładunek przeszedł na jego ciało. Natychmiast dezaktywował technikę odskakując na bezpieczną odległość. Wycieńczona szatynka padła na kolana, oddychając głęboko, starając się błyskawicznie zmaterializować przebity ostrzem fragment ciała. Była wściekła i żądna krwi. Nienawistnie spojrzała na mężczyznę tryumfującego kilka kroków dalej.  Uniosła dłoń ku górze, tworząc wokół jego głowy bańkę wodną. Odruchowo zaczął skrobać się po szyi, chcąc pozbyć się tego. Jednak Keiko nie miała zamiaru na tym poprzestać. Skropliła wodę z powietrza, formując ją w ostrza. Następnie zamieniała je w lód, który poszybował przebijając napastnikowi ramiona i uda. Dezaktywowała bańkę, kilka sekund przed utonięciem. Następnie wszystko trwało mili sekundy. Mężczyzna zaczerpnął gwałtownie powietrza, niemalże dławiąc się nim. Przygotowane ostrze przebiło mu serce, przygwożdżając do ziemi. Nie zdążył nawet pisnąć, tak szybko umarł. Sople lodu zaczęły topnieć, ukazując sporej wielkości dziury i krew zalewającą żwir. Szatynka padła na ziemię, oddychając ciężko. Wiedziała, że musi się szybko stąd ulotnić, gdyż, gdy zostanie, to ją dobiją. Niestety nie była zdolna się poruszać.  Czuła jak zatraca kontakt z rzeczywistością.
— Keiko?! — Tuż nad nią pojawił się ktoś z Kindersów. Padł szybko na kolana przeszukując swoje i jej futerały.
— Korzeń nie wypełnia poleceń — wyszeptała ledwo słyszalnym głosem.
— Ciii. Nic nie mów. Wiemy — odparł obsuwając jej maskę i wciskając w usta kolorowe, okrągłe pigułki. — Zabijają Uchihów, niekiedy wręcz ignorując ich i jawnie wdając się w walkę z nami — oznajmił nie kryjąc pogardy w głosie czy obrzydzenia, zerkając przy okazji na martwe ciało członka Korzenia.
— Isa…
— Ciii — mruknął przenosząc wzrok na przyjaciółkę. — Zjedz to — dodał wciskając jej kolejne pigułki. Specjalne mieszanki tworzone przez ich medyka. — Za niedługo odzyskasz siły — zapewniał biorąc ją na ręce. Przetransportował w bezpieczne miejsce. Ciemny zaułek, gdzie mogła się skryć w mroku. Z jej futerały wyjął butelkę wody, wkładając w dłonie. — Wypij — polecił. — Poradzisz sobie? — zapytał łapiąc za policzki i zaglądając głęboko w oczy. Pokiwała nieznacznie głową. — Zostań tu, póki nie odzyskasz sił. To zajmie kilka minut. Odpocznij chwilkę. Trzymaj się.
Wskoczył na kontener, przeskakując przez ścianę kończącą zaułek. Keiko patrzyła przez moment na miejsce gdzie zniknął. Była zła na siebie, że dała się doprowadzić do takiego stanu. Powoli odkręciła butelkę i jeszcze drżącymi dłońmi poprowadziła do ust, wypijając jednym duszkiem całą zawartość. Po czym poprawiła maskę. Chwilę zajmie nim pigułki zaczną działać, przywracając witalność.
— Hejo, heja, hejmo, heju — podśpiewywał bełkocząc zataczający się jegomość. Szedł chwiejnym krokiem wzdłuż oświetlonej ulicy, na którą wychodził zaułek. Nawet nie zwrócił uwagi na dziewczynę skrywającą się w mroku. Cywile nie zdawali sobie sprawy z tego wszystkiego. Nie wiedzieli, co tuż obok nich się działo. Shinobi walczyli ze sobą na śmierć i życie, starając się za wszelką cenę ukryć swoją obecność, aby taka pijana osoba mogła niczego nie świadoma wrócić spokojnie do domu.

***

Korzeń swoje zadanie wykonywał mało efektywnie, skupiając się misji powierzonej przez Danzo. W takim wypadku Kindersi wzmogli swoje działania, przejmując obowiązek ANBU, czyli dostarczenie nieprzytomnych Uchihów do aresztu. Wychodząc z cienia, narazili się na gniew konkurencyjnej organizacji, co doprowadziło do walk między nimi. Powstał totalny chaos. Wszyscy walczyli między sobą, atakują się wzajemnie. Korzeń Uchihów, Uchiha Korzeń, Kinsersi Korzeń, Korzeń Kindersów, Uchiha Kindersów, Kindersi Uchihów. W tym całkowitym zamieszaniu buntownikom nie udawało się wykonywać swojego zdania. Nawet jak przedostawali się do budynków, zostawali albo pojmani, albo zlikwidowani. Ogólna wrzawa walk trwała.
Uciekający brunet wybiegł na niewielką uliczkę, pomiędzy blokami. Daleko nie zabiegł, kiedy padł nieprzytomny. W plecy miał wbite kilka igieł senbon, z substancją usypiającą. Kinders odpowiedzialny za to, błyskawicznie zjawił się nad poległbym Uchihą. Jednak, stanął w szoku dostrzegając przerażaną twarz przypadkowego gapowicza. Nastolatek wmurowany przyglądał się całemu zajściu. Odczuwalne jeszcze chwilę temu zaspania, prysło jak bańka mydlana. Stał w pomiętej koszulce i spodniach dresowych, kurczowa trzymając smycz od siusiającego psa. Shinobi zareagował. Zjawił się za szatynem uderzając go w kark. Ciało osunęło się nieprzytomne. Zwierze widząc atak na pana zaczęło głośno szczekać, warczeć i rzucać się na mężczyznę. Będąc niewiele większym od jamnika, jedynie śmiesznie podskakiwało nie mogąc dosięgnąć napastnika kucającego na pobliskiej altance śmietnikowej. Niestety Kinders miał niewiele czasu. Głośne ujadanie psa mogło kogoś zwabić. Zeskoczył z budynku lądując koło ciała Uchihy. Ulokował je na plecach, szybko odbiegając, aby skryć się w cieniu, nim ktoś wyjrzy przez okno swojego mieszkania. 

1 komentarz:

  1. Opisy walk nigdy nie robiły na mnie wrażenia. Wiem, że ten rozdział musiał się pojawić, bo inaczej historia nie byłaby spójna. Najlepsza scena to ta, gdzie Itachi i Keiko się spotkali. Szkoda mi Uchihy, bo ukochana unikała go, a teraz kiedy on się dowie jak wiele pobratymców zginęło, to będzie się zastanawiał czy dobrze postąpił zdradzając Tsunade plany ojca. Oj ten Itachi to nie ma szczęścia gdziekolwiek o nim piszą ;-)
    ;-) weny i natchnienia na dalsze pisanie ;-)

    OdpowiedzUsuń